/str001_0001.djvu

			KAROL BAUDELAIRE 


WINO I HASZYSZ 


(SZTUCZNE RAJE) 


ANALEETA Z PISM POETY 


WINO 
POEMAT O HASZYSZU 


DOK:ONAL WYBORU I IJELA.DU ORAZ PRZEŁOm 


BOHDAN WYD:I':GA 


WARSZAWA E. WENDE i S-ka 


Kraków, Lw6w, Poznań, Wilno, Gdańsk - PolBlne Towal'Z)'slwo Księgarni 
Kolejowych nRuch" S. A., ł.ódź i Katowice - Ludwik Fiszu.
		

/str003_0001.djvu

			UWAGA REDAKCYJNA. 


Gdyby zebrać w jedną całość wszystko co 
Baudelaire w różnych epokach życia napisał o środ- 
kach narkotycznych, możnaby z tego utworzyć tryp- 
tyk pod nagłówkiem: "Wino - Haszysz - Opjum". 
Najprzód pojawił się w druku dyptyk p. t. "Wino 
i Haszysz, porównywane jako środki pomnożenia 
indywidualności" (Du Vin et du Haschisch compa- 
res. comme moyens de multiplication de l'indivi-. 
dualite). Był to z jednej strony niemal hymn 
uwielbienia dla wina, z drugiej zaś strony nader 
ścisły, rzeczowy i chociaż pozornie surowy - miej- 
scami nawet emfatycznie potępiający - w gruncie 
jednak wyrozumiały, nawet łaskawy opis działania 
haszyszu. W dziesięć lat po wydaniu ..Wina i Ha- 
szyszu" Baudelaire podjął nową pracę - dał no- 
wy dyptyk pod tytułem "Sztuczne Raje" (Les Pa- 
radis artiliciels) z podtytułami: "Poemat o Haszy- 
szu" (Le Poeme du Haschisch) i "Spożywca-Opjum" 
(Le Mangeur d'Opium). Ten ostatni, jakkolwiek 
zawiera prawdziwe skarby analizy chorej, zbolałej 
duszy, wyrażone w sposób niesłychanie głęboki, 


5
		

/str004_0001.djvu

			subtelny i poetyczny, nie jest jednak samoistną 
pracą Baudelaire' a, ale mistrzowskim przekładem 
i streszczeniem utworu angielskiego autora, de 
Quencey'a. Ponieważ założeniem naszej pracy by- 
ło dać czytelnikowi całokształt twórczości poetyc- 
kiej oraz myśli filozoficznej Baudelaire'a w możli- 
wie pełnej, ale skondensowanej formie, przeto pra- 
ca ta nie mogła tu znaleźć miejsca - z tych sa- 
mych względów, z jakich nie moglibyśmy pomie- 
ścić tu jego słynnych przekładów z Edgara Poe'go. 
Po wyeliminowaniu przeto "Spożywcy opjum" 
pozostały dwa oryginalne studja: o winie - i o ha- 
szyszu; ten ostatni w dwóch opracowaniach. - Któ- 
rą z tych dwóch redakcji "Haszyszu" wybrać dla 
wcielenia do naszego wydania? 
Przy pierwszem, porównawczem przerzucaniu 
kart obu opracowań, spotykając nietylko bardzo 
wiele tych samych wyrażeń, ale nawet identyczne 
ustępy, odbiera się wrażenie, jak gdyby nowa wer- 
sja była jedynie nieznacznie zmodyfikowanem po- 
wtórzeniem - niejako wcieleniem do nowej pracy 
dawniejszego fragmentu. Jednak w miarę wczyty- 
wania się w nową wersję, odkrywamy w niej całą 
przepaść różnicy. 
Mianowicie owa złudna identyczność dotyczy 
jedynie opisu roaterjalnych - że tak powiemy - - 
zmysłowych objawów działania haszyszu, wyczer- 
pując i niejako pokrywając sobą poprzednie opra- 


6
		

/str005_0001.djvu

			cowanie; i im dalej posuwamy się w odczytywaniu 
"Poematu o Haszyszu", tern jawniejszem się staje, 
jakiej zasadniczej zmianie - jakiej ewolucji uległ 
stosunek autora do sprawy używania tego środka 
podniecającego. Od dawnej, że tak powiemy, łaska- 
wej tolerancji przeszedł on tu do bezwzględnego 
potępienia tego nałogu. Z całą bezlitosną surowo- 
ścią dysektora duszy ludzkiej, z nieubłaganą wni- 
kliwością inkwizytora ukazuje on nam najtajniejsze 
zakątki jaźni ludzkiej, będącej pod władzą tego 
środka zatruwającego ciało i duszę- odsłania bez- 
litośnie całą istotną małość i poziomą ohydę złud, 
wywoływanych przez ten szatańsk
 zdaniem jego, 
środek pozornych podniesień i jasności - całą ich 
duchową nieestetyczność i szkaradę; jest to po mi- 
strzowsku, przecudnie kutym językiem napisany 
potężny akt oskarżenia, przechodzący niekiedy 
w ton beznadziejnego mistycyzmu potępienia wiecz- 
nego - jakby ponure echo Dies irae. - Studjum to, 
które z przedziwną jasnością wykazuje, że żaden 
środek pobudzający nie jest w stanie zrodzić ge- 
njalności w tym, kto jej nie posiada w stanie nor- 
. malnym, odkrywa nam jednak żródła specyficzne- 
go tonu - owego werniksu czy polewy transcenden- 
talno-mistycznej, oblekającej niektóre poezje Bau- 
delaire' a. 
Wobec założenia naszego wydawnictwa oczy- 
wistem jest, że ten wspaniały "Poemat o Haszy- 


7
		

/str006_0001.djvu

			szu" - podany tu w obszernym wyciągu - poemat, 
który całkowicie wchłonął w siebie pierwotne stu- 
djum, przerastając je nieskończenie duchowo, uczy- 
nił zbędnem podawanie czytelnikowi owego pier- 
wotnego zaryslL 
Tyle co do "Haszyszu". 
Co do "Wina" sprawa na pierwszy rzut oka 
przedstawia się prościej: istnieje jedna tylko re- 
dakcja tego studjum - więc nie ma kłopotu z wy- 
borem. - Jednakże niezupełnie tak jest. Wpraw- 
dzie studjum o "Winie", jako studjum nie uległo 
nowemu przerobieniu, jak to miało miejsce z "Ha- 
szyszem"-przecież pewna część materjału poetyc- 
kiego w niem zawartego została z biegiem czasu 
na nowo przerobiona. W ten sposób powstały poe- 
maty: "Dusza wina" (L'Ame du vin) i "Wino gał- 
ganiarzy" (Le Vin des chiljoniers), które są nieomal 
parafrazą (nie zaś warjacą na ten temat, jak to ma 
miejsce z innemi przeróbkami tego rodzaju) odno- 
śnych ustępów z rozdziału II studjum o winie - 
czyli, że ta część studjum, uzyskawszy nową formę 
i wyraz, weszła do cyklu Wino "Kwiatów Zła" obok 
"Wina Kochanków" i innych. Daje to niejako do 
myślenia, że autor przerzucił tam centr ciężkości 
stosunku swego do Wina; wobec zaś założenia ni- 
niejszej pracy nie uważaliśmy za wskazane poda- 
wać tu raz jeszcze to, co znalazło już całkowity, 
często doskonalszy wyraz gdzieindziej. 


8
		

/str007_0001.djvu

			Z drugiej strony 2astanawiającem jest, że Bau- 
delaire, podejmując zasadniczą przeróbkę pierwot- 
nego studjum o haszyszu, pominął zupełnie pierw- 
szą część dyptyku - o "Winie". Jedną z przyczyn 
tego osobliwego zaniechania mogło być wspomnia- 
ne już wyżej częściowe zużytkowanie dla mowy 
wiązanej materjału poetyckiego w nim zawartego. 
Sądzimy jednak, że była i inna, głębsza przyczyna 
tego ł,desinłeressement U 
 
Zdaje się, że entuzjazm młodzieńczy, z jakim 
autor sławił wino, zczasem wobec doświadczeń ży- 
ciowych zredukował się co najmniej do pewnej re- 
zerwy. Autor nie doszedł zapewne do bezwzględ- 
nego potępienia tego napoju - jak to się stało z ha- 
szyszem - jednak znacznie ochłódł w swem dlań 
uwielbieniu. W tych warunkach przemilczenie "Wi- 
na" w nowej redakcji studjum może być uważane 
nietylko jako "desinteressement", ale poniekąd na- 
wet jako wyrzeczenie się dawnego apologiczne- 
go entuzjazmu - jako jego "desavouement", sko- 
rośmy już weszli na tory tej terminologji. 
Wobec tego była chwila wahania, czy wogóle 
nie wykluczyć z naszego wydania studjum o winie, 
jeżeliby wolą autora miało być usunąć je niejako 
w sferę zapomnienia. Jednak chwila ta była krót- 
ką. Bo najprzód zdawaliśmy sobie sprawę, że nasze 
przypuszczenie jest jedynie domniemaniem, dale- 
kiem od pewności. Dalej powiedzieliśmy, że z ma- 


9
		

/str008_0001.djvu

			terjału poetyckiego zawartego w studjum o Winie 
pewna część została przetransponowana na mowę 
wiązaną. Pewna część - jednak nie wszystko. 
Przedewszystkiem pozostała nietknięta, w całej 
swej pozornej skromności, perła czystej wody - 
nietknięta przez autora może właśnie dlatego, że 
zrodziła się odrazu tak doskonałą. Jest to cudow- 
na w swej prostocie - w swej artystycznej naiwno- 
ści, jak się to podobało nazywać Baudelaire'owi - 
opowieść o pijaku-gitarzyście - opowieść, która 
mogłaby być przednią ozdobą zbioru "Małych poe- 
matów prozą" - ba, przednią ozdobą nietylko 
tego zbioru. 
Byłoby mi tu żal i smutno bez tego małego ar- 
cydzieła. 
Już ta jedna opowieść wystarczałaby, aby oca- 
lić od ostracyzmu redakcyjnego studjum o. Winie. 
Jednakże bardziej wnikliwe wczytanie się w nie 
odkrywa tam inne jeszcze cenne walory - naprzy- 
kład opowieść o dwóch pijakach, z której, jak to 
widać z notatek pozostałych po Baudelair'ze, za- 
mierzał on uczynić osobny mały poemat prozą - 
czyli wyrażnie zaznaczył chęć uratowania jej od 
zapomnienia. Wreszcie całe to studjum, miejscami 
może nieco paradoksalne i nie mogące liczyć na to, 
aby znalazło aprobatę apostołów abstynencji - le- 
karzy i moralistów - jest pełne poetycznej werwy 
i psychologicznej głębokości. Poglądy tu wyrażone 


10
		

/str009_0001.djvu

			są tak charakterystyczne. jako odbicie ówczesnego 
oblicza psychicznego Baudelaire'a, że byłoby grze- 
chem je pominąć, gdybyśmy nawet mieli pewność- 
nie zaś domniemanie tylko - że autor w póżniej- 
szym wieku pogląd swój na tę sprawę zmodyfiko- 
wał, czy zmienił. 
W wyniku tych rozważań dajemy czytelniko- 
wi obszerne wyciągi ze studjum o Winie (opuszcza- 
jąc ustępy przetransponowane na poematy "Dusza 
wina" i "Wino gałganiarzy", - które woleliśmy 
podać w postaci, jaką im nadał poeta mową wią- 
zaną), - oraz inne wiersze, zamieszczone w rubry- 
ce Wino "Kwiatów ZłaII. 
W drugiej części daliśmy wyczerpujące wycią- 
gi ze studjum o Haszyszu w ostatecznej redakcji, 
t. j. z "Poematu o Haszyszu", dołączając doń zale- 
dwie parę charakterystycznych zdań, wziętych 
z pierwotnego szkicu, których nie znależliśmy 
w drugiej redakcji. 
Weszło tu prócz tego kilka utworów, noszących 
na sohie, zdaniem naszem, charakterystyczne cechy 
owego "werniksu, czy polewy magicznej", jaką we- 
dle słów Baudelaire'a "haszysz rozlewa na cały 
świat - zabarwia go jakąś solennością - prześwie- 
ca całą jego głębię" oJ, - a więc: "Odpowiedniki". 
"Wyznanie wiary artystyII, "Sen paryski", "Zapro- 


.) "Poemat o Haszyszu" rozdział IV. 


11
		

/str010_0001.djvu

			szenie do podróży" (prozą), "Dwoisty pokój", 
11Klejnoty", "Dobrodziejstwa księżyca u i liDo mej 
Madonny" - co bynajmniej nie wyczerpuje utwo- 
rów tej kategorji. 
Nakoniec uważaliśmy za wskazane podać tu 
jako przykład pewnego chorobliwego zboczenia mo- 
ralnego, będącego, jak sądzimy, w związku z uży- 
waniem haszyszu, mały poemat prozą: "Marny 
Szklarz" i dwa przykłady wizji koszmarowych, któ- 
re skłonni jesteśmy objaśnić chorobliwym stanem 
nerwów, wywołanym używaniem tego narkotyku 
(lub też opjum). Są to wiersze: "Potok krwi" 
i "Siedmiu starców". 


B. W.
		

/str011_0001.djvu

			W I N O
		

/str012_0001.djvu

			I. 


Mąż wielce sławny, jednocześnie zaś wielce 
ograniczony - cechy, które, jak to prawdopodobnie 
niejednokrotnie jeszcze będę miał bolesną przyje- 
mność wykazać, często chodzą w parze - otóż 
w dziele poświęconem gastronomji o dwojakiem za- 
łożeniu, bo traktującem ten przedmiot z punktu wi- 
dzenia higjeny i smaku, mąż ów w rubryce Wino 
miał odwagę napisać co następuje: "Patryarcha Noe 
uchodzi za wynalazcę wina; jest to płyn otrzymy- 
wany z owocu winnej jagody". 
I co dalej? Dalej nici To wszystko. - Może- 
cie przewertować książkę na wszystkie możliwe 
sposoby, obracać ją od góry do dołu i od dołu do 
góry, odczytywać ją od początkt! do końca i od koń- 
ca do początku, z lewa na prawo i z prawa na le- 
wo - nie znajdziecie ponadto nic więcej w Filozo- 
fii smaku wielce sławnego i wielce szanownego Bril- 
lat-Savarin'a. - "Patrjarcha Noe" ...i "jest to 
płyn"... 
Definicja przykładnie ścisła i wyczerpująca. 
Po przeczytaniu tego zdania zdobyło się pojęcie ja- 


15
		

/str013_0001.djvu

			sne i właściwe o wszelkich gatunkach win, o roz- 
nych ich zaletach czy brakach, o działaniu ich na 
żołądek i głowę... 
Drodzy przyjaciele, nie czytajcie Brillat-Sava- 
rin'a! Niech Bóg zachowa tych, kogo miluje, od bez- 
pożytecznej lektury - taka jest naczelna maksyma 
niewielkiej książki Lavater'a, filozofa, który więcej 
kochał ludzi aniżeli cała magistratura świata sta- 
rożytnego i współczesnego. 
:laden tort nie został ochrzczony imieniem La- 
vater'a - jednak pamięć tego anielskiego człowie- 
ka będzie żyła wśród chrześcijan jeszcze wówczas, 
gdy nawet godne mieszczuchy zapomną o Brillat- 
Savarin'ie - owem cieście bez soli i smaku, które- 
co nie jest zapewne jego winą - służy za żródło 
papuzich, bezmyślnie-pedantycznych cytat z te- 
go słynnego arcyd';ieła. 
Jeżeli nowe wydanie tego pseudo-arcydzieła 
ośmieli się obrazić zdrowy sens ludzki, miłośnicy 
wina - melancholijni czy radośni - wy wszyscy, 
którzy szukacie w winie odrodzenia wspomnień, lub 
zapomnienia i którzy, nie znajdując go nigdy w peł- 
ni, tak jakbyście tego pragnęli, spoglądacie w nie- 
bo jedynie przez dno butelki "J-miłośnicy, czy nie- 
wolnicy wina - niedoceniani i żyjący w zapomnie- 


*) Beroalde de Verville. Moyen de parvenir (uwaga 
K. Baudelaire'a). 


16
		

/str015_0001.djvu

			niu - czy też nabędziecie po egzemplarzu tej książ- 
ki, czy zapłacicie dobrem za złe, dobrodziejstwem 
za obojętność? 
Otwieram Kreisleriana boskiego Hoffmana 
i znajduję tam ciekawą radę. Sumienny muzyk przy 
komponowaniu opery komicznej winien pijać wino 
szampańskie; znajdzie w niem perlistą wesołość, ja- 
kiej wymaga ten rodziaj. Do muzyki religijnej na- 
daje się wino reńskie, lub juransońskie: jak na dnie 
głębokiej zadumy tkwi w nich upajająca gorycz. 
Lecz muzyka heroiczna nie może się obyć bez bur- 
gunda; daje on męzki ogień i polot patrjotyczny. - 
O ileż te słowa stoją wyżej I Poza subtelnym sądem 
zamiłowanego znawcy uderza w nich bezstronność, 
przynosząca zaszczyt temu Niemcowi. 
Hoffmanowi, gdy już śmierć wyciągała dłoń po 
niego, zaczęło się materjalnie powodzić - zaczął 
zarabiać. Powodzenie zdawało się uśmiechać do 
niego. Jak naszemu drogiemu i wielkiemu Balza- 
kowi - również i jemu dopiero w ostatnim okresie 
życia ukazały się, niby promienie zorzy polarnej, 
przebłyski spełniania się naj dawniejszych na- 
dziei. W tej to epoce wydawcy, którzy zaczęli wy- 
dzierać sobie jego bajki do swych almanachów-by 
zdobyć łaski poety, zaczęli nadsyłać mu wraz z ho- 
norariami skrzynki win francuskich.
		

/str016_0001.djvu

			II. 


Głębokie rozkosze czerpane w winie - kto 
was nie zaznał? Każdy, kto pragnął ukoić wyrzut, 
przywołać wspomnienie, zatopić ból, wznieść za- 
mek na lodzie - ostatecznie w.zyscy wzywali cię, 
bożku tajemniczy, ukryty w fibrach winnej łozy. 
Niezmierne są widowiska, wywoływane przez wi- 
no, a oświetlone naszem słońcem wewnętrzneml 
Jakże istotna i płomienna jest druga młodość, któ- 
rą ono daje człowiekowi! Lecz również, jakże nie- 
bezpieczne są wywoływane przezeń piorunowe na- 
miętności i denerwujące oczarowanial") - Jednak, 
powiedzcie szczerze i sumiennie, wy, sędziowie, 
prawodawcy, światowcy - wy wszyscy, których 
szczęście czyni łagodnymi, którym dobrobyt ułat- 
wia zachowanie cnoty i zdrowia - powiedzcie, kto 
z was będzie miał bezlitosną odwagę rzucić potępie- 
nie na człowieka, który pije w nadziei, że w soku 
winnym gości genjusz - dobry genjusz? 
Zresztą, wino nie zawsze jest owym strasznym 


-) Por6wnaj poemat ..Wino mordercy". 


18
		

/str017_0001.djvu

			zapaśnikiem, pewnym zwycięstwa, który poprzy- 
siągł, że nie będzie znał litości ani przebaczenia. 
Wino podobne jest człowiekowi; nikt nie wie, do 
jakiego stopnia zasługuje on na szacunek lub na 
wzgardę, na miłość czy nienawiść - ani też do ja- 
kich czynów wzniQsłych, czy odrażających jest on 
zdolny. - Nie bądżmy więc względem wina bar- 
dziej surowi, aniżeli względem siebie samych - 
traktujmy je jako równego sobie '). 


*) Tu Baudelaire wypowiada w prozie to co następnie 
przerobił na mowę wiązaną, tworząc poematy: "Dusza wi- 
na" i ..Wino gałganiarzy". 


19
		

/str018_0001.djvu

			DUSZA WINA. 


Raz wieczorem w butelkach piała dusza winna: 
_ "Człecze wydziedziczony, mnie szczególnie miły, 
Ze szklannego więzienia ma słoneczność płynna 
śle tobie pieśń światłości, braterstwa i siłyl 


"Wiem, ile trzeba wylać na górę spaloną 
I potu, i zabiegów, i skwarnego słońca, 
By zapłodnić me życie - tchnąć duszę w me łono; 
To też będę ci wdzięczne i wierne do końca. 


"Bowiem radośnie spływam, jak kojąca siła, 
Do wysuszonej pracą spragnionej gardzieli, 
I gorąca pierś człecza to słodka mogiła, 
Gdzie mi rażniej niż w chłodnej piwnicznej pościeli. 


"Słyszysz, jak cię radośnie woła po mozole 
Pogwar godzin świątecznych-perlisty, ochoczy?- 
Zawinąwszy rękawy, z łokciami na stole, 
Będziesz mię błogosławił i miał jasne oczy; 


20
		

/str019_0001.djvu

			"Zapalę i:ównież ognie w oczach twej kobiecie, 
Na syna twego zleję moc i wiarę żywą - 
Stanę się w życiu temu wątłemu atlecie 
Mdlejące w walce mięśnie krzepiącą oliwą. 


"w ciebie miłośnie znijdę ja, słoneczna siła - 
To rzucone przez Siewcę przedwiecznego ziarno, 
By się z naszego związku poezja rodziła, 
Co jak kwiat strzeli w niebo swą krasą ofiarną l"
		

/str020_0001.djvu

			WINO GAŁGANIARZY. 


Niekiedy w świetle mglistej latarnianej tęczy, 
Gdy wiatr targa płomieniem i po szybie brzęczy - 
Na przedmieściu, gdzie błotne zaułki i męty 
Wytwarzają ludzkości burzliwe ferment y- 


Widzimy gałganiarza. - Machając koszturem, 
Jak wieszcz się o bruk potknie, albo zderzy z murem. 
Nie dbając o policję, ani szpiclów sfory, 
Otwiera serce - i świat na nowe pcha tory: 


Obwieszcza manifesty, szczytne stawia prawa, 
Poniża niegodziwych, zacnym dłoń podawa - 
I pod baldachem nocy, lazurowej, złotej, 
Upaja się wspaniałą jasnością swej cnoty. 


Ci nędznem bytowaniem umęczeni ludzie, 
Pochyleni latami, poterani w trudzie, 
Złamani, przytłoczeni stosem brudnych szczątków- 
:rych wymiotów potwornych stołecznych żołądków- 


22
		

/str022_0001.djvu

			Odradzają się, gdy im wino krew zapali. - 
Dookoła wiarusy w bojach osiwiali 
Z wąsem powisającym w kształt chorągwi starej; 
I bramy tryumfalne, morze głów, sztandary 


Stają przed ich oczami w nieziemskiej piękności - 
Oni zaś, odurzeni orgją barw, światłości, 
Słyszą dżwięki trąb, bębnów i tłumne wiwaty - 
Niosąc ludowi sławę za miłość i kwiaty! 


Odmłodzonej w beztrosce Ludzkości tak oto 
Wino toczy swe dary, niby Paktol złoto; 
O czynach jego wdzięczne gardła głoszą dziwy - 
Rządzi szczodrobliwością jako król prawdziwy. - 


:2:eby gorycz uśmierzyć, ukoić w uśpieniu 
Rzesze wydziedziczonych, ginących w milczeniu - 
Bóg, tknięty skruchą. dał sen-pieszczotę Miesiąca: 
Do tego Człowiek dodał Wino - syna Słońcal
		

/str024_0001.djvu

			Wiele osób zarzuci mi zapewne nadmiar po- 
błażliwości: "Uniewinniasz pijaństwo, idealizu- 
jesz rozpustę mętów społecznych" 
Wyznaję, że 
wobec ogromu dobrodziejstw trudno mi podnosić 
zarzuty. Wszak powiedziałem już. że wino przy- 
stosowuje się do człowieka; przyznałem, że i w jed- 
nem i w drugim występki ważą się na szali z cno- 
tami. Cóż mogę uczynić więcej? - Zresztą w tej 
sprawie mam mój specjalny pogląd. Mianowicie 
sądzę, że, gdyby ludzkości odjęto wino, w zdro- 
wotności i intelekcie świata powstałaby luka, pust- 
ka, brak - daleko straszniejszy od wszystkich 
ekscesów i zboczeń, spowodowywanych przez wi- 
no. Bo czy nie mamy podstawy do wniosku, że lu- 
dzie, którzy nigdy nie piją wina - naiwni, czy pe- 
danci - to osobniki ograniczone, lub hipokryci? 
Ograniczeni - t. j. nie znający ludzi, ani natury- 
artyści, odrzucający tradycyjne środki artystycz- 
ne, wyrobnicy, pomstujący na mechanikę; hipokry- 
ci - t. j. cisi łakomcy, pyszałkowie wstrzęmiężli- 
wości, samotni pijacy i dotknięci jakimś tajemnym 
nałogiem, czy zboczeniem. Człowiek, który pije tyl- 
ko wodę, chowa jakąś tajemnicę, którą pragnie 
ukryć przed światem. 


24
		

/str025_0001.djvu

			Zresztą, osądżcie sami. - Kilka lat temu na 
pewnej wystawie obrazów tłum głupców cisnął się 
do płótna, wygładzonego, wyp
lerowanego, wyla- 
kierowanego - niby okaz galanteryjny. Była to 
krańcowa negacja sztuki... .W tem rnikroskopowem 
malowidle widziało się latające muchy I Zostałem 
pociągnięty ku temu potwornemu okazowi, jak wszy- 
scy, jednak wstyd mi było tej szczególnej słabo- 
ści - był to bowiem objaw nieprzepartego pociągu 
do obrzydliwości. - Wreszcie zdałem sobie spra- 
wę, że ciągnęło mię tu bezwiednie filozoficzne za- 
ciekawienie - natarczywa chęć przekonania się, 
jakie mogło być moralne oblicze człowieka, który 
był w stanie spłodzić równie występną ekstrawa- 
gancję. Zakładałem się sam z sobą, że musiał to 
być z grunt'; zły człowiek. Postarałem się o infor- 
macje i doznałem zadowolenia, stwierdzając, że 
potwór ten wstawał regularnie o świcie, że wyeks- 
ploatował oszukańczo i doprowadził do nędzy 
własną posługaczkę - i że pil tylko mleko. 
Jeszcze jedna. czy dwie opowieści - i przej- 
dziemy do wniosków. 


Pewnego dnia zatrzymało mię na chodniku 
wielkie zbiegowisko ludzkie. Udało mi się zajrzeć 
między głowy gapiów, i oczom moim przedstawiło 
się osobliwe widowisko. Jakiś człowiek leżał na- 


25
		

/str026_0001.djvu

			wznak na ziemi z oczami szeroko otwartemi i za- 
patrzonemi w niebo, zaś inny człowiek słał nad nim, 
przemawiając doń jedynie przy pomocy mimiki 
i giestami - zaś leżący na ziemi zdawał się odpo- 
wiadać mu jedynie wzrokiem. Przytem twarze obu 
były oblane wyrazem jakiejś cudnej życzliwości. 
Człowiek stojący zdawał się giestami przema- 
wiać do inteligencji leżącego na ziemi: "Porusz się, 
zrób jeszcze kilka kroków, szczęście jest tam - 
o dwa kroki - dojdż do rogu ulicy. Jeszcze nie- 
zupełnie straciliśmy z oczu brzeg utrapień - nie 
wypłynęliśmy jeszcze na pelne morze marzeń; da- 
lej; zdobądż się na trochę energji, rusz się. przy- 
jacielu - nakaż swym nogom, by były posłuszne 
twej woli!" 
Cała ta przemowa mimiczna odbywała się 
przy akompanjamencie harmonijnego chwiania się 
i zataczań. Lecz tamten, snadż, już był wypłynął 
na pelne morze (zresztą żeglował po rynsztoku), 
bo jego błogosławiony uśmiech odpowiadał: "Po- 
zostaw mię w spokoju. Brzeg utrapień już zniknął 
całkowicie - przysłoniły go mgły dobroczynne - 
niczego już więcej nie żądam od niebios marzeń".- 
Zdało mi się nawet, żem dosłyszał coś, jakby do- 
bywające się z ust nieuchwytne słowa-raczej nie- 
wyraźne westchnienie, tężejące w wyrazy: "Wszyst- 
ko w miarę..... 


26
		

/str027_0001.djvu

			Było to szczytem wzniosłości. Lecz, jak to zo- 
baczymy, w upojeniu może istnieć nadwzniosłość. 
Towarzysz trzymający się na nogach, pełen wyro- 
zumiałości, idzie sam do szynku i wraca ze sznu- 
rem. Widocznie nie był w stanie znieść myśli że- 
glowania samopas-samolubnego chwytania szczę- 
ścia - to też wracał po przyjaciela z pojazdem. 
Pojazdem był sznur; opasuje go więc sznurem. Le- 
żący osobnik uśmiecha się: zrozumiał widocznie 
macierzyńską intencję przyjaciela. - Ten zaciąga 
węzeł, zaczyna kroczyć jak koń łagodny, ostroż- 
ny - wiezie towarzysza ku przystani szczęśliwo- 
ści. Człowiek wieziony, a raczej wleczony i wycie- 
rający bruk plecami, uśmiecha się wciąż niewypo- 
wiedzianym uśmiechem. 
Tłumem owładnął podziw - bo to, co jest 
zbyt piękne, co przekracza ludzką moc poetycką, 
budzi więcej podziwu, aniżeli rozrzewnienia. 


. 


Był sobie człowieczyna, Hiszpan-gitarzysta, 
który w swoim czasie odbywał wędrówki razem 
z Paganinim. - Działo się to jeszcze przed epoką 
wielkiej, oficjalnej sławy Paganiniego. 
Wiedli we dwójkę wolny, cygański żywot wę- 
drownych muzyków - ludzi bez rodziny i ojczy- 
zny. Obaj, skrzypek i gitarzysta, dawali koncerty 
wszędzie, dokąd ich los przywiódł. Wędrowali tak 


27
		

/str028_0001.djvu

			długo po różnych krajach. A Hiszpan mój miał ta- 
lent tak niezwykły, że mógł powiedzieć o sobie jak 
Orfeusz: "Jestem panem natury". 
Gdziekolwiek się zjawiał, targając swe struny 
i każąc im drżeć harmonijnie pod wielkim palcem 
władnej ręki, tłum ciągnął za nim. Gdy się posiada 
taki talent, nie umiera się z głodu. Ludzie szli za 
nim jak za Chrystusem. Czy podobna odmówić 
obiadu i gościny człowiekowi - genjuszowi, czaro- 
dziej owi, który umiał rozśpiewać w naszej duszy 
najpiękniejsze jej melodje - najbardziej skryte, 
najbardziej nieznane, najbardziej tajne? Zaręcza- 
no mi, że człowiek ten z instrumentu, wydającego 
jedynie urywane dżwięki, wydobywał swobodnie 
dźwięki ciągłe. 
Paganini trzymał w swojem ręku kasę i rządy 
majątku spółkowego, czemu się nikt nie powinien 
dziwić. Kasa wędrowała po osobie administratora; 
mieściła się to na górze, to na dole - dziś w bu- 
tach, jutro za podszewką ubrania. Gdy gitarzysta, 
który - wyznajmy to - miał silny pociąg do trun- 
ków, pytał, jak stoją finanse, Paganini odpowia- 
dał, że niema nic, albo prawie nic - bo Paganini 
był jak starcy, którzy zawsze się obawiają, że 
zbraknie. Hiszpan wierzył, albo udawał, że wie- 
rzy, i z oczami utkwionemi w dal drogi targał i mę- 
czył swą nierozłączną towarzyszkę. Paganini szedł 
po drugiej stronie drogi. Taki był cichy układ wza- 


28
		

/str029_0001.djvu

			jemny - by sobie nie przeszkadzać. W ten sposób 
każdy ćwiczył się i pracował, idąc. Po przybyciu' 
do miejscowości, która zdawała się przedstawiać 
jakie takie widoki na godziwe pobory, jeden grał 
którąś ze swych kompozycji, drugi zaś obok niego 
improwizował warjację - wtór, podkład. Ile roz- 
koszy i poezji było w tem życiu trubadurów - wie 
tylko sam Pan Bóg. 
Rozstali się nie wiadomo dlaczego. 
Hiszpan wędrował sam jeden. Pewnego wie- 
czora przybywa do małej mieściny jurajskiej, ka- 
że rozlepić afisze, zapowiadając koncert w sali me- 
rostwa. Koncert to on - gitara - i nic więcej. Dał 
się poznać, brzdąkając w jednej z kawiarń; w mie- 
ście znalazło się parę muzykalnych osób, które za- 
ciekawił ten niezwykły talent. Koniec końców ze- 
brało się dużo osób. 
Mój Hiszpan wykopał w jakimś kącie miasta, 
koło cmentarza, innego Hiszpana - ziomka. Był to 
coś w rodzaju przedsiębiorcy pogrzebowego-wła- 
ściwie kamieniarz od nagrobków. Jak wszyscy po- 
święcający się zawodom grzebalnym - ten także 
lubił pić. To też butelka i wspólna ojczyzna zapro- 
wadziły ich daleko; muzyk nie rozłączał się z ka- 
mieniarzem. 
W sam dzień koncertu, gdy się zbliżała jego 
godzina, byli znów razem - ale gdzie? Tu właśnie 
był sęki Przetrząśnięto wszystkie szynkownie 


29
		

/str032_0001.djvu

			w mieście, wszystkie kawiarnie. - Wreszcie odna- 
leziono ich w jakiejś niewysłowionej spelunce - 
gruntownie pijanych obu. 
Następują sceny w guście Kean'a i Fryderyki. 
Koniec końców koncertant zgadza się iść grać - 
ale nagle przychodzi mu idea: "Będziesz grał ra- 
zem ze mną!" - mówi do przyjaciela. Ten odma- 
wia; posiadał wprawdzie skrzypki, lecz grał jak 
najostatniejszy rzempoła. 
- "Będziesz grał, albo ja nie gram!..." 
:l:adne zaklęcia ani argumenty nie były w sta- 
nie go wzruszyć - trzeba było ustąpić! 
Oto zjawiają się obaj na estradzie w obliczu 
całej elity miasta. 
- "Przynieście wina!" - mówi gitarzysta
 
Aranżer pogrzebowy, znany w całem mieście, 
ale co prawda nie ze strony muzykalnej, był nadto 
pijan
, aby się miał żenować. Gdy przyniesiono 
wino, ktoby tam miał cierpliwość na odkorkowy- 
wanie butelek?' Nicponie gilotynują je uderzeniem 
noża, niby ludzie, którym brak dobrych manjer. - 
Łatwo sobie wystawić, jaki efekt wywarła ta scena 
na wystrojoną po niedzielnemu prowincję! Damy 
opuszczają salę, i wiele zgorszonych osób czyni 
manifestacyjnie to samo, jakby chcąc wyrazić swe 
oburzenie na zachowanie się tych pijaków, wyglą- 
dających na pół-warjatów. 


. 


30
		

/str033_0001.djvu

			Nie żałowali jednak ci, w których obyczajność 
nie zagłuszyła ciekawości i którzy mieli odwagę 
zostać. 
- "Zaczynaj'" - mówi gitarzysta do kamie- 
niarza. 
Niepodobna wyrazić, jakiego rodzaju dżwięki 
wydobyły się z pijanych skrzypiec. - Bachus w ma- 
lignie, krający kamień piłą' Co grał, a raczej co 
chciał grać? Mniejsza o to - pierwszą lepszą melo- 
dję... 
Naraz melodja potężna i słodka, kapryśna 
i jednolita zarazem, owija, głuszy, przygasza, po- 
krywa krzykliwy hałas. Gitara śpiewa tak donoś- 
nie, że skrzypiec już nie słychać. A jednak to ta 
sama melodja - pijana melodja, którą zaintono- 
wał kamieniarz. Gitara wypowiada się z niezmier- 
ną dżwięcznością: kwili, śpiewa, deklamuje z za- 
straszającą werwą, z niepojętą pewnością i czysto- 
ścią dykcji. Gitara improwizowała warjację na te- 
mat skrzypiec ślepca. Dała się im prowadzić, przy- 
strajając wspaniale, po macierzyńsku lichą nagość 
ich dżwięków. 
Czytelnik zrozumie, że tego niepodobna opi- 
sać; wiarogodny i poważny świadek opowiadał mi 
to. - Wkońcu cała publiczność stała się więcej pi- 
j ana od gitarzysty. Szał owacyjny ogarnął wszyst- 
kich - sala drżała od oklasków i okrzyków, wśród 
nieopisanego entuzjazmu. 


31
		

/str034_0001.djvu

			Znać jednak charakter miejscowej ludności nie 
przypadł naszemu gitarzyście do smaku - nie za- 
grał tam bowiem już nigdy więcej. 
Gdzież jest teraz? Jakie słońce patrzyło na 
ostatnie jego marzenia? Jaki rów przydrożny dał 
gościnę jego konaniu? Jaka ziemia przygarnęła 
kosmopolityczne jego kości? 
Gdzie są upajające zapachy kwiatów, które 
zczezły? Gdzie czarodziejskie barwy minionych 
słońca zachodów?
		

/str035_0001.djvu

			III. 


Nie powiedziałem tu może nic nowego. Wino 
znamy wszyscy; wszyscy miłością je darzymy. Je- 
żeli zjawi się prawdziwy lekarz-filozof - rzecz 
dotychczas niewidziana - będzie mógł napisać do- 
niosłe studjum o winie; rodzaj dwoistego systemu 
filozoficznego, w którym wino i człowiek będą sta- 
nowili dwa bieguny. Wyjaśni on może, dlaczego 
pewne trunki posiadają własność nadmiernego wy- 
olbrzymiania osobowości myślącej istoty i stwa- 
rzania, że tak powiem, trzeciej osoby - wywoły- 
wania owego procesu mistycznego, gdzie człowiek 
normalny i wino - bóg zwierzęcy i bóg roślinny:"'" 
spełniają rolę Ojca i Syna w Trójcy: płodzą Du- 
o cha świętego, który jest nadczłowiekiem i zarówno 
cd obu pochodzi. 
Są osoby, na które wino działa tak ożywczo 
i potężnie, że nogi ich stają się pewniejsze, słuch 
zaś nabiera niezwykłej subtelności. Znałem czło- 
wieka, którego osłabiony wzrok w podnieceniu 
winnem odzyskiwał całą swą pierwotną ostrość. - 
Wino z kreta czyniło orła. 


Wino j HS8zysz-3" 


33
		

/str036_0001.djvu

			Pewien nieznany stary autor powiedział: "Nic 
nie może dorównać radości człowieka, który pije- 
chyba radość wina, że jest pite" *J. Istotnie, wino 
odgrywa tajemniczą rolę w bycie ludzkości - tak 
tajemniczą i ściśle z nią związaną. że nie zdziwiło- 
by mię, gdyby nawet umysły rozsądne, pociągnięte 
ideą panteistyczną, przyznawały mu pewnego ro- 
dzaju osobowość. Wino i człowiek czynią na mnie 
wrażenie dwóch przyjaciół, ciągle walczących 
i ciągle godzących się z sobą. Pokonany składa 
zawsze pocałunek na ustach zwycięzcy. 
Bywają pijacy złośliwi; są to jednak ludzie 
z natury źli. Człowiek zły staje się tu obmierzłym, 
jak człowiek dobry - doskonałym. 
Niebawem mówić zacznę o substancji, która 
weszła w modę od lat kilku - o rodzaju ziela, 
uznawanego przez pewną kategorję dyletantów za 
rozkoszne - o preparacie, którego działanie jest 
bardziej piorunujące i potężniejsze, aniżeli działa- 
nie wina.. 
Wykażę ujemne strony haszyszu, z których 
najmniejszą może jeszcze jest to, źe mimo niezna- 
ne skąd inąd skarby życzliwości, jakie wywołuje 
on pozornie w sercach - raczej w mózgach ludz- 
kich - że jest on antyspołeczny, gdy wino jest 


-) Porównaj wiersz ..Dusza wina" 3-a strofa. 


34
		

/str037_0001.djvu

			głęboko ludzkie - śmiałbym nawet powiedzieć - 
jest człowiekiem czynu. 
Wino pobudza wolę --,- haszysz unicestwia ją 
Wino jest podporą fizyczną - haszysz jest bronią 
samobójczą. Pierwsze jest, że tak powiem, praco- 
wite - drugi zasadniczo próżniaczy... Ostatecznie 
wino zostało stworzone dla pracowitego ludu, któ- 
ry zarobił na to, aby je pić. Haszysz jest dobyt- 
kiem klasy, poszukującej samotniczych rozkoszy- 
stworzony on jest dla nędznych próżniaków.
		

/str038_0001.djvu

			WINO KOCHANKóW. 


Dziś niebo cudnej Trąćmy w skrzydła! 
Bez ostróg, cugli ni wędzidła - 
Dosiądżmy wina i bez troski 
Ruszymy w bajek lazur boski! 


J ak dwa duchy z słońca poczęte. 
Równikowym durem dotknięte, 
W różowe przezrocza jutrzniowe 
Po miraże gońmy tęczowe I 


Miękko kołysani w przestrzeni, 
W wirze duchowego potoku 
Równoległym szałem złączeni, 


Razem, ma siostro, - bok przy boku - 
Pomkniemy górnie bez wytchnienia 
W królestwo moje - w raj marzenia!
		

/str039_0001.djvu

			WINO SAMOTNIKA. 


Spojrzenie osobliwe zalotnej kohiety, 
Które ślizga się ku nam, niby blask trefiony 
Księżyca, co na wodę poprzez oczerety 
Leniwie schodzi w kąpiel, roniąc mgieł welony; 


Ostatnia garść dukatów w drżącej gracza dłoni; 
Rozpustny pocałunek chudej Adeliny; 
Wnikliwy dźwięk muzyki o drażniącej woni, 
Niby szloch oddalony cierpienia bez winy; 


- Wszystko to nie zastąpi, butelko pieściwa, 
Balsamu, który w duszę z łona twego spływa, 
Chore serce poety ukoi, omami, 


W miraż nowego życia pasma złotej przędzy 
Wplecie-i wskrzesi dumę, najwyższy skarb nędzy- 
Dumę, co tryumfalnie nas równa z Bogami.
		

/str041_0001.djvu

			WINO MORDERCY. 


Ha, niema żoneczki! Dusza pijana 
Ile chce pić może. Pić moje prawo, 
Bom sobie to prawo zarobił krwawo. - 
Nie będę jej krzyków słuchał co ranal 


Szczęśliwym, jakby mi królestwo dali: 
Słoneczko pogodne, wietrzyk balsamy... 
Chodzę sobie gdzie chcę... Czas taki samy, 
Jak w ten rok... kiedyśmy się pokochali. 


- Pićl :l:eby się napić, ledwie by stało 
Dla mego pragnienia wódki i wina - 
Słuchajcie, to moja miara jedyna - 
Ile trumna strzyma! - A to nie mało. 


Czy pana na trumny nie stać ogromne? 
Tożem ja ją na dno zepchnął do studni- 
Cembrowin dorzucił' - W głowie wciąż dudni... 
- Wiem, gdzie jej mogiła - ho, nie zapomnę I 


38
		

/str042_0001.djvu

			Chytrzem ją wywabił... Mówię jej: "Za to, 
Com naponiewierał, nie bądż mi k
zywa; 
Chodż za miasto - stara miłość odżywa: 
Będziem się kochali, jak w one lato. 
Przyjdż na szlak, gdzieś nieraz ze mną chadzała". 
Taka nieszcęśliwa, znać, dola trupia 
Była jej pisana, - bo przyszła głupia I 
- Ot, bez rozumuśmy wszyscy bez małal 


Choć pomizerniała, lecz ładna była, 
A przeklęte serce do niej mnie parło 
Jak do wódki. - Ażem chwycił za gardło 
I rzekł: "Tu godzina twoja wybiłal..:' 


Hej, tłuszczo pijacka I czy choć jednemu 
Myśl by przyszła: z wina sporządzić całun - 
I pić, pić na umór - wódkę, czy ałun? 
Gdy jest - pić pozwolę z sobą takiemu! 


Ha, nikomu?! Gady! Tłuszczo smrodliwa- 
Bez duszy, bez czucia, bez serc, bez siły! 
Czy kiedy choć chwilę wasz mózg opiły - 
No - czy zaznał, co jest żądza prawdziwa: 


Z pochodem przeklętym wężów nudności, 
Patrzących zielono z flasz jadowitych, 
Szydzących plugawie z łez z winem pitych - 
Przy szczęku łańcuchów, chrobocie kości? I 


39
		

/str045_0001.djvu

			Otom sam, jak palec - wolny i hardy! 
Więc jeszcze tej nocy na śmierć się spiję. 
Słuchać hołota I Nim północ wybije, 
Położę swą głowę tam, na bruk twardy - 


Bez żalu, wyrzutów - jak pies bezdomny! 
Wóz naładowany brukiem i błotem 
Najedzie z ponurym na mnie gruchotem - 
Jak kat prosto na mnie! Ów wóz ogromny 


Niech zmiażdży tę czaszkę - łeb bez sumienia - 
Lub niech przez pół przetnie-porwie wnętrzności. 
Drwię z niego, ze śmierci - tak jak z Wieczności, 
Z Boga, czy Szatana - i z Odkupienia'
		

/str046_0001.djvu

			POEMAT O HASZYSZU 
(SZTUCZNE RAJE--CZĘŚĆ ij 


POŚWIĘCAM J. G. F.
		

/str047_0001.djvu

			Droga przyj aciółko, 


Zdrowy rozsądek poucza nas, że sprawy ziem- 
skie ważą niewiele i że istotną realność zawierają 
jedynie marzenia. Aby strawić szczęście naturalne, 
tak j ak sztuczne, trzeba przedewszystkiem mieć 
odwagę przełknąć je; paradoksalność zaś życia 
sprawia, że właśnie na tych, którzy najbardziej - 
może jedynie - zasługiwaliby na szczęście - 
szczęśliwość, taka jak ją pojmują śmiertelnicy, 
działa niby środek wymiotowy. Umysłom małostko- 
wym wyda się dziwnem - mOŻe nawet nieobyczaj- 
nem, że obraz sztucznych rozkoszy został dedyko- 
wany kobiecie - owemu powszechnie uznanemu 
praźródłu rozkoszy naturalnych. Jednakże oczywi- 
stem jest, że, skoro świat materj alny przenika 
w świat ducha, służąc mu za karmię i współdziała- 
jąc w wytwarzaniu owego wymykającego się z pod 
określenia amalgamatu, zwanego naszą indywidual- 
nością - otóż oczywistem jest, że kobieta jest isto- 
tą, która rzuca najwięcej cieni, lub najwięcej świa- 
teł również w marzenia nasze. Kobieta sugestjonu- 
je nas w sposób nieunikniony, fatalny, żyje ona ży- 


43
		

/str048_0001.djvu

			ciem obcem własnemu swemu życiu; żyje duchowo 
w urojeniach, które nawiedza i zapładnia *J. 
Zresztą jest rzeczą obojętną, czy powód ni- 
niejszej dedykacji będzie zrozumiały. Bo wogóle 
czyż dla zadowolenia autora potrzeba, aby jaka- 
kolwiek książka jego zosłała zrozumiana przez ko- 
gokolwiek prócz tego czy tej, dla której została 
napisana? A nawet - by się do dna duszy wypo- 
wiedzieć - czy też trzeba koniecznie pisać dla ko- 
goś? Ja osobiście tak mało podobam sohie w świe- 
cie żywych, Że - wzorem owych kobiet czułych, 
a bez zajęcia, które podobno wysyłają pocztą swe 
zwierzenia urojonym, nieistniejącym przyjaciół- 
kom - pisałbym chętnie wyłącznie dla umarłych. 
Nie zmarłej jednak poświęcam ten tomik ....:... 
poświęcam go tej, która, chociaż złożona niemocą, 
jest zawsze czynna i żywa we mnie, a która w tej 
chwili zwraca swe spojrzenia ku Niebu, temu miej- 
scu wszelkich przeobrażeń. Bo równie j ak z tru-. 
cizn straszliwych - istota ludzka ma przywilej do- 
bywania nowych i subtelnych rozkoszy nawet 
z cierpienia, klęsk i zrządzeń losu. 
Ujrzysz w tym obrazie wędrowca ponurego 
i samotnego, unoszonego przez ruchomą falę tłu- 


-) Por6wnaj wiersze: ..Klejnoty" i "Do mej Madonny". 
oraz małe poematy prozą: "Dobrodziejstwa księżyca", "Za- 
proszenie do podróży'. i .,Dwoisty pok6j". 


44
		

/str049_0001.djvu

			mów - zwracającego jednak serce i myśl ku da- 
lekiej Elektrze, która niegdyś ocierała jego czoło 
zlane potem i zwilżała jego spieczone gOrqczkq 
wargi. Zrozumiesz tedy wdzięczność nowego Ore- 
sta, nad koszmarami którego nieraz czuwałaś-od 
którego odpędzałaś dłonią lekką i macierzyńską 
sny potworne. . 


K.R
		

/str053_0001.djvu

			o OJ 
Sztuczne raje... Czcze złudy dymów złotem tkanych... 
Ostre smaki... sny boskie lekkiej, czujnej śmierci... 
Rozkoszne zapomnienie kobiet zbyt kochanych 
I widm minionej troski, co jeszcze mózg wierci... 
Kochanki dawne, którem miał za ideały - 
Potwory fałszu, pieszczot, kaprysów i złości - 
Łaskawe zioła dają wszystko, co wy dały, 
Oszczędzając czarnego jutra Niewierności' 
One w krew leją życie sztuczne, lecz upojone, 
Sen zmysłów podnieconych, złudę - dar- Demona; 
Dusza pijana. bezwolna, marzeniami strojna. 
W bezmiar daje się nosić - jednak, obudzona, 
Bezsilnie patrzeć musi na skon snu pięknego: 
Gdy do życia powraca - jak przed marą stajel 
Codzienna rzeczywistość fałszem się jej zdaje - 
Jakąś nędzną ruiną snu niedośnionego. 


-) Wiersz ten, podany po raz pierwszy do druku w 1917 
roku, został przechowany przez "starszego" drukarni Poulet. 
Malasis z czasów drukowania drugiego wydania "Kwiatów 
Zła". - Jest to, jakby szkic - zaniechane zamierzenie. nie- 
zupełnie mate zgodne z ostatecznymi wnioskami. do jakich 
autor doszedł w chwili, gdy pisał "Poemat o Haszyszu".
		

/str054_0001.djvu

			I. :lĄDZA NIESKOf	
			

/str056_0001.djvu

			za zwierciadło magiczne, przed które człowiek by- 
wa przywoływany dla oglądania siebie piękniej- 
szym-to jest takim, jakimby być mógł i powinien; 
za rodzaj pobudzenia anielskiego - przywołania 
do porządku w formie pochlebczej... I 
Pozatem... ten stan cudowny nie bywa poprze- 
dzany żadnymi symptomatami, zapowiadającymi 
jego nadejście. Jest tak niespodziany jak widmo.- 
Jest to jakby nawiedzenie, raczej nawiedzanie po- 
wrotne. z czego, gdybyśmy się głębiej zastanawiali, 
powinnibyśmy wyciągnąć pewność lepszego istnie- 
nia i nadzieję osiągnięcia go przE;z stałe ćwiczenia 
naszej woli. 
Owa przenikliwość myśli, to zachwycenie zmy- 
słów i umysłu musiały we wszystkich czasach wy- 
dawać się człowiekowi najwyższem z dóbr; to też, 
żądny jedynie rozkoszy niezwłocznej i niepomny, 
że gwałci tem prawa swego ustroju, we wszystkich 
strefach świata i we wszystkich czasach szukał on 
w materjalnej wiedzy - w farmaceutyce - w naj- 
brutalniejszych trunkach, w naj subtelniejszych za- 
pachach środka ucieczki, chociażby na kilka godzin, 
od pospolitego bytowania śród kału codzienne- 
go - pragnąc, jak mówi autor Łazarza: "zdobyć 
Raj na poczekaniu". Nawet przerażające ułomno- 
ści natury ludzkiej zawierają (chociażby w nieskoń- 
czoności ich ekspansji) dowód tkwiącej w człowie- 


48
		

/str057_0001.djvu

			ku żądzy nieskończoności-tylko że, niestety, ta żą- 
dza w swych dążeniach schodzi często na manowce. 
Możnaby użyć w znaczeniu przenośnem utarte- 
go wyrażenia: wszystkie drogi prowadzq do Rzymu 
i zastosować je do świata moralnego; wszystko pro- 
wadzi do nagrody lub kary - dwóch form wiecz- 
ności. Dusza ludzka jest tak pełna namiętności, że 
ma ich aź na zbycie. Że użyję innego pospolitego 
wyrażenia; lecz ta nieszczęsna dusza, które; natu- 
ralne znieprawienie jest równie wielkie jak i nagła, 
niemal paradoksalna zdolność do poświęceń i cnót 
najwznioślejszych, jest też płodna w paradoksy, po- 
zwalające jej używać na złe nadmiaru tej namięt- 
ności. Oślepiony zarozumiałością, człowiek zapomi- 
na, że rozpoczyna grę z kimś przebieglejszym od 
siebie, i że Duch Zła, jeśli mu tylko podać włos je- 
den, napewno wciągnie' za nim głowę. I oto ten pan 
widomy natury widomej (mówię o człowieku) chce 
stworzyć Raj sztuką aptekarską - napojami wy- 
skokowymi!... Otóż w tem znieprawieniu poczucia 
nieskończoności tkwi zdaniem mojem istota występ- 
ności wszelkich owych nadużyć... 
Pomiędzy ingredjencjami, najbardziej nadają- 
cemi się do wywoływania tego, co nazywam Sztucz- 
nym Ideatem (pomijając trunki, popychające szyb- 
ko do szału cielesnego i niweczące siłę duchową, 
oraz zapachy, których nadmierne użycie, czyniąc 
wyobraźnię ludzką bardziej -subtelną, wyczerpuje 


Wilio i Haszysz-4 


49
		

/str058_0001.djvu

			stopniowo siły fizyczne), otóż dwiema naj silniej 
działającemi substancjami - przytem najdogod- 
niejszemi w użyciu i najdostępniejszemi - są ha- 
szysz i opjum. Analiza tajemniczych skutków i cho- 
robliwych rozkoszy, dostarczanych przez te sub- 
stancj e; kara, będąca nieuniknionem następstwem 
dłuższego ich użycia - wreszcie sama niemoral- 
ność, tkwiąca w tej pogoni za fałszywym ideałem, 
będą stanowiły temat niniejszego studjum. 


-
		

/str059_0001.djvu

			II. CO TO JEST HASZYSZ? 


Herodot opowiada, że Scytowie usypywali stos 
ziarn konopnych, na które rzucali rozpalone w og- 
niu kamienie. W ten sposób stwarzali sobie jakby 
kąpiel z oparów, wonniejszą dla nich od wszelkich 
łażni greckich - kąpiel, która sprawiała im rozko- 
sze tak żywe, Że wywoływała ostre, radosne 
okrzyki. 
W istocie haszysz dostał się do nas ze W scho- 
duo - Podniecające działanie konopi było dobrze 
Znane w starożytnym Egipcie. i użycie ich pod róż- 
nemi nazwami było wielce rozpowszechnione w In- 
djach, Algierze i Arabji szczęśliwej. 
W czasie zbioru konopi i u nas dają się niekiedy 
spostrzegać dziwne objawy wśród pracujących _ 
zarówno mężczyzn jak i kobiet. Ma się wrażenie, 
że z tych roślin idzie jakiś opar odurzający, który 
zrazu obejmuje nogi i nieznacznie, podstępnie się- 
ga mózgu. W głowie żniwiarza zaczynają kołować 
jakieś wiry, to znów marzenia. Członki leniwieją 
i odmawiają posłuszeństwa.-Zresztą, będąc dziec- 
kiem, doznawałem podobnych wrażeń, przewraca- 
jąc się na stosach ściętej lucerny. 
Jednakże z naszych konopi nie można produ- 


51
		

/str060_0001.djvu

			kować haszyszu, a przynajmniej, o ile wykazały 
dotychczasowe próby, nie są one w stanie dać sub- 
stancji równie silnie działającej. Haszysz, czyli 
konopie indyjskie - cannabis indica - są rośliną 
zupełnie podobną do naszych konopi, z tą tylko róż- 
nicą, że nie dosięgają tej wysokości... 
Haszysz (albo trawa - t. j. trawa traw - jak 
gdyby Arabowie w jednym wyrazie trawa chcieli 
streścić żródło wszelkich niematerjalnych rozko- 
szy) nosi rozliczne nazwy, zależnie od swego skła, 
du, a raczej sposobu przyrządzania go w różnych 
krajach... i posiada największą energję działania 
w epoce kwitnienia... 
Wyciqg tlusty haszyszu, tak jak go przyrzą- 
dzają Arabowie, jest otrzymywany za pomocą go- 
towania wierzchołków świeżo ściętej rośliny w ma- 
śle z odrobiną wody... W tej formie używają go 
w postaci niewielkich gałek wagi od dwóch do czte- 
rech gramów, lecz z powodu przykrego zapachu, 
który wzmaga się z czasem, Arabowie podają tłusty 
wyciąg w formie konfitury. 
Najbardziej używana z tych konfitur, dawa- 
mesk. jest mieszaniną owego tłustego wyciągu z cu- 
krem i różnenń ciałami aromatycznemi f jak wani- 
Ija, cynamon, pistacja, migdały, piżmo... W tej no- 
wej postaci haszysz nie ma w sobie nic nieprzyjem- 
nego, i mOŻna go przyjmować w dozie piętnastu, 
dwudziestu, trzydziestu gramów, czy to w opłatku, 
czy w filiżance kawy.
		

/str061_0001.djvu

			III. TEATR SERAFICZNY. 


Co się odczuwa? Co się widzi? Rzeczy cudne, 
nieprawdaż? Widowiska nadzwyczajne? Czy to 
bardzo piękne? Bardzo straszne? Bardzo niebez- 
pieczne ? 
- Oto szereg pytań, zadawanych zazwyczaj 
z bojaźliwą ciekawością wtajemniczonym przez 
nieświadomych. 
Muszę na wstępie zaznaczyć zasadniczą różni- 
cę, jaka zachodzi między działaniem haszyszu i zja- 
wiskiem snu. W śnie, tej podróży awanturniczej, 
przedsiębranej co wieczór, jest stanowczo coś cu- 
downego - jest to cud, którego stałe powtarzanie 
się spowszedniło jego tajemniczość. Sny ludzkie by- 
wają dwojakie. - Jedne, pełne szczegółów życia 
codziennego, jego kłopotów, pragnień, ułomności, 
łączą się w sposób mniej lub więcej dziwaczny ze 
zdarzeniami i przedmiotami widzianymi w dzień... 
To sen naturalny, uosobiający samego człowieka. 
Ale inny rodzaj snu-sen niedorzeczny, bez związ- 
ku i powinowactwa .z charakterem, życiem i namięt- 
nościami śpiącego - sen, który bym nazwał hje- 
roglificznym - przedstawia oczywiście stronę nad- 


53
		

/str062_0001.djvu

			przyrodzoną życia i taki sen, właśnie dlatego, że 
niedorzeczny, był uważany przez starożytnych za 
boski. 
W upojeniu haszyszem nie ma niczego podob- 
nego. Tu nie wyjdziemy po za granice snu natural- 
nego. Co prawda, upojenie przez cały czas swego 
trwania będzie jeno olbrzymiem marzeniem, dzięki 
intensywności barw i bystrości percepcji - zacho- 
wa ono jednak zawsze zasadniczy, swoisty ton pod- 
legającego mu subjekta. Człowiek chciał marzyć, 
marzenie opanuje człowieka; ale to marzenie będzie 
dziecięcem swego ojca. Leniwy umysł uczynił wy- 
siłek, by sztucznie wprowadzić nadprzyrodzoność 
do swego życia i myśli; ale koniec końców, mimo 
przygodną moc odbieranych wrażeń, pozostał on 
tym samym człowiekiem, chociaż wzmożonym - tą 
samą liczbą podniesioną do wysokiej potęgi. Popadł 
pod moc, ale, na swe nieszczęście, tylko pod moc 
własną - to jest pod moc cechy, która już przed- 
tem była w nim dominującą; pragnął stać się anio- 
łem, a stal się zwierzęciem - zwierzęciem chwilo- 
wo bardzo potężnem, jeżeli można nazwać potęgą 
nadmierną wrażliwość, bez zdolności panowania 
nad nią - miarkowania, lub zużytkowywania jej... 
W stosunku do zwykłych myśli i wrażeń ludz- 
kich haszysz jest zwierciadłem - powiększającem, 
ale nie więcej j ak zwierciadłem. 
Oto przed nami preparat: trochę zielonawej 


54
		

/str063_0001.djvu

			konfitury o szczególnym zapachu - wielkości orze- 
cha... Aby powiększyć jej moc działania, rozpuścili- 
śmy ją w filiżance czarnej kawy. Mieliśmy prze- 
zorność nie obciążać żołądka, odsuwając na póź- 
niejszą godzinę - na jaką 10-ą - treściwszy posi- 
łek wieczorny, aby pozostawić truciźnie całą swo- 
bodę działania... 
Wiemy, że haszysz powoduje nietylko przerost 
indywidualności, ale również wzmożenie efektu od- 
działywąjących na nas wpływów - to też wybra- 
liśmy dzień, kiedy nie mamy do spełnienia żadne- 
go terminowego, ściśle ustalonego zobowiązania, nie 
doznajemy żadnych przykrości rodzinnych - żad- 
nych trosk miłosnych. Trzeba o tem bacznie pamię- 
tać. 


Podobne zmartwienie, niepokój, czy myśl 
o obowiązku, wymagającym skupienia naszej woli 
i uwagi o oznaczonej godzinie, odzywałyby się po 
przez nasze upojenie jak odgłos dzwonu, zatruwa- 
jąc przyjemność. Niepokój zamieniłby się w udrę- 
czenie - zmartwienie w torturę. Przy zachowaniu 
tych zasadniczych ostrożności, jeźeli przytem pogo- 
da jest piękna, jeżeli znajdujemy się w pomyślnem 
otoczeniu - śród malowniczego pejzażu lub w mie- 
szkaniu estetycznie urządzonem - wreszcie jeżeli 
jeszcze możemy liczyć na trochę muzyki - wów- 
czas wszystko składa się pomyślnie. 


55
		

/str064_0001.djvu

			W upojeniu haszyszowem dają się zwykle zau- 
ważyć trzy dość łatwe do odróżnienia fazy... 
Większość nowicjuszów uskarża się w pierw- 
szej chwili na powolność działania; oczekują go oni 
z dziecinną niecierpliwością, a gdy nie nadchodzi 
dość szybko, okazują ironiczny sceptycyzm powąt- 
piewania, nie podejrzewając, że owo działanie już 
jest i rośnie powoli. jak zbierająca burza. Zrazu 
opanowywa nas jeno pewna wesołość - zabawna, 
nieprzezwyciężona. Te przystępy nieumotywowa- 
nej wesołości, której się niemal wstydzimy, powta- 
rzają się często, przerywając stan oszołomienia, 
w czasie którego staramy się napróżno zebrać my- 
śli. Najzwyklejsze wyrazy, najpospolitsze idee, 
przybierają postać dziwaczną i nową; dziwi nas 
nawet, żeśmy je dotychczas za lak zwykłe uważali. 
Podobieństwa i powinowactwa nieoczekiwane, nie- 
rzadko nieprzystojne, nieskończona gra słów, ko- 
miczne zestawienia tryskają bez ustanku z mózgu. 
Demon opanował nas, i daremnie byłoby opierać się 
tej wesołości, dojmującej jak łaskotanie. Od czasu 
do czasu śmiejemy się z samych siebie, ze swej nie- 
dorzeczności i szaleństwa - i towarzysze nasi, je- 
żeli ich mamy, również śmieją się z naszego stanu 
i z własnego; Że jednak nie ma w tem złośliwości, 
nie czujemy oto urazy... 
Ta pustota i te wybuchy śmiechu wydają się 
istotnie szaleństwem, lub conajmniej błaze6stwami 


56
		

/str065_0001.djvu

			manjaka każdemu, kto nie jest w tym samym co 
my stanie. Tak samo statek i rozsądek - ład w my- 
śleniu ostrożnego widza, który powstrzymał się od 
upojenia, rozwesela nas i bawi, jako szczególny ro- 
dzaj szaleństwa. Role zostały odwrócone. 
Byłem świadkiem podobnej sceny, którą po- 
sunięto może zbyt daleko. 
Pewien wybitny muzyk, któremu nieznane by- 
ły właściwości haszyszu - który może o nim nigdy 
nie słyszał - trafił do towarzystwa osób, z których 
większość już była przyjęła dawkę tej substancji. 
Usiłują one objaśnić mu cudowne jej działanie. 
Słuchając ich bajecznych opowieści, uśmiecha się 
on mile i uprzejmie jak człowiek, który zna się na 
żartach. Nieporozumienie to zostaje w lot odczute 
przez umysły, których bystrość zaostrzył haszysz, 
to też ze wszystkich stron wybucha śmiech, który 
nieprzyjemnie dotyka przybysza. Wybuchy weso- 
łości, gra słów, twarze podniecone - cała owa nie- 
zdrowa atmosfcra wprowadza go w stan podrażnie- 
nia i popycha do zbyt może pośpiesznej uwagi, że 
ta szarża artystyczna nie jest w najlepszym rodza- 
ju i musi być nużqca dla samych jej inicjatorów. 
Komizm sytuacji rozświeca całe towarzystwo jak 
błyskawica. Wesołość potęguje się. "Ta szarża - 
nastaje, podniecając się gość - może podobać się 
panom, ale nie mnie". - "Wystarcza. że podoba 
się nam" .-replikuje egoistycznie jeden z chorych.- 


57
		

/str066_0001.djvu

			Nie będąc w stanie zdać sobie sprawy, czy ma do 
czynienia z obłąkanymi, czy też z ludźmi udający- 
mi warjatów, nasz przybysz dochodzi do wniosku, 
że najrozsądniej będzie wycofać się -lecz ktoś za- 
myka drzwi i chowa klucz. 
Inny, klękając przed nim, prosi o przebaczenie 
w imieniu całego towarzystwa - i oświadcza mu 
bezczelnie, ale ze łzami w oczach, że mimo niższość 
jego umysłową, wywołującą jedynie nieco litości, 
wszyscy obecni usposobieni są dlań najprzyjaźniej. 
Zupełnie oszołomiony gość pozostaje, a nawet, ule- 
gając natarczywym prośbom, decyduje się zagrać. 
Jednak dźwięki skrzypiec, szerząc się po mieszka- 
niu jak nowa zaraza, chwytają (wyrażenie bynaj- 
mniej nie przesadne) to jednego, to drugiego z cho- 
rych. Rozlegają się westchnienia chrapliwe i głębo- 
kie - nagłe wybuchy łkania - strumienie cichych 
łez. Muzyk, przerażony, przestaje grać i, podcho- 
dząc do tego, czyj a błogość sprawia najwięcej ha- 
łasu, dopytuje się, czy bardzo cierpi, i co moźe 
uczynić, aby mu przynieść ulgę. Jeden z obecnych, 
czlowiek praktyczny, doradza Iimonadę i kwasy, 
ale chory z ekstazą w oczach patrzy na obu z nie? 
wypowiedzianem politowaniem. - Chcieć leczyć 
człowieka chorego na nadmiar życia - chorego na 
nadmiar radości I... 
Jak widać z powyższej opowieści, śród wrażeń 
wywoływanych przez haszysz dobroduszność i ży- 


58
		

/str067_0001.djvu

			czliw;'ść zajmują dużo miejsca - życzliwość mięk- 
ka, leniwa. niema, mająca swe źródło w niemocy 
nerwów. Jako potwierdzenie tego spostrzeżenia 
pewna osoba opowiadała mi przygodę, jaka ją spot- 
kała wtem stadjum upojenia... Nie przypominam 
sobie, czy było to przy pierwszej, czy przy drugiej 
próbie osoby, o której mowa. Czy przyjął on dozę 
nieco za silną, czy też haszysz li ak się to często 
zdarza) bez żadnej widocznej przyczyny zewnętrz- 
nej wywarł w tym dniu silniejszy skutek - dość, 
że, jak opowiadał, poprzez szczytną rozkosz poczu- 
cia pełni życia i potęgi swej genjalności, naraz 
uczuł on obawę. Olśniony zrazu pięknością swych 
wrażeń - nagle poczuł trwogę. Zaczął zadawać so- 
bie pytanie, co stanie się z jego inteligencją i jego 
organami, jeżeli ten stan, który mu się zdawał na- 
turalnym, będzie się ciągle wzmagał - jeżeli ner- 
wy jego będą się ciągle coraz bardziej wysubtelnia- 
ły?... "Byłem - mówił on - jak koń, który ponosi 
i biegnie ku przepaści - chcąc się zatrzymać i nie 
mogąc. W istocie był to straszliwy cwał, i myśl mo- 
ja, jako niewolnica okoliczności, środowiska, wy- 
padku - wszystkiego tego, co w sobie mieści wyraz 
los - weszła na tory wręcz rapsodyczne. Już za- 
późno - powtarzałem sobie bez ustanku z rozpa- 
czą. - Gdy ustało to uczucie, które zdawało mi się, 
że ciągnie się nieskończenie długo, w istocie zaś 
mogło trwać nie dłużej jak kilka minut - spadło 


59
		

/str068_0001.djvu

			na mnie nowe nieszczęscle. Opanował mię nowy 
niepokój - błahy i dziecinny. Naraz przypomnia- 
łem sobie, że jestem zaproszony na obiad - na wie- 
czór w towarzystwie ludzi poważnych. Przedstawia- 
łem sobie owo liczne zebranie, dostojne i oględne, 
gdzie każdy panuje nad sobą - i śród tego grona, 
w świetle licznych lamp, siebie, zmuszonego ukry- 
wać starannie swó j stan... 
"Mimo ogarniającą mię słabość, postanowiłem 
zdobyć się na akt energji i zasięgnąć porady apte- 
karza, sam bowiem nie znałem właściwego antido- 
tum - chciałem zaś iść na owe zebranie z umysłem 
swobodnym i jasnym. Jednak na progu apteki ude- 
rzyła mię i zatrzymała na chwilę nowa okoliczność. 
Mianowicie ze zdziwieniem zobaczyłem swą twarz 
w lustrze wystawy sklepowej - twarz bladą z za- 
padłemi wargami, z oczami powiększonemil "Zanie- 
pokoję - pomyślałem sobie - tego zacnego czło- 
wieka, i to dla takiej błahostki". Dodaj pan do tego 
uczucie śmieszności, której pragnąłem uniknąć - 
obawę, że zastanę ludzi w sklepie. Ale nad wszyst- 
kiemi innemi uczuciami brała górę życzliwość dla 
tego nieznajomego aptekarza. Wystawiałem sobie, 
że ten człowiek jest równie wrażliwy jak ja w tym 
nieszczęsnym stanie i ponieważ zaś zdawało mi się 
rownież, że jego słuch i jego dusza muszą tak jak 
moje wzdrygać się na wszelki hałas, postanowiłem 
wejść do środka na palcach. Winienem - mówiłem 


60
		

/str069_0001.djvu

			sobie - zachować możliwie najwięcej delikatności 
wobec człowieka, w którym poruszę współczucie. 
Postanowiłem przeto miarkować zarówno swój głos 
jak i kroki. Znasz pan ten głos starych spożywców 
opjum? Wynik był wręcz przeciwny temu, co chcia- 
łem osiągnąć. Pragnąc uspokoić aptekarza, nastra- 
szyłem go. - Nie znał tej choroby, nigdy o niej nie 
słyszał... Jednakże przyglądał mi się z zaciekawie- 
niem, pomieszanem z nieufnością. - Czyżby mię 
brał za warjata, złoczyńcę, czy żebraka? Być może 
było to tylko przywidzenie - ale wszystkie te my- 
śli niedorzeczne przesuwały mi się przez głowę. 
Musiałem tłumaczyć mu długo (co za mękal), co to 
jest wyciąg konopny, do czego on służy, zapewnia- 
jąc bez ustanku, że nie ma tu żadnego niebezpie- 
czeństwa, że przedewszystkiem on nie ma powodu 
się niepokoić, i że proszę jedynie o środek uśmie- 
rzający, o antidotum - podkreślając ciągle istotną 
przykrość, jaką mi sprawia, że go niepokoję. Ko- 
niec końców - niech pan zechce zrozumieć moje 
upokorzenie - poprosił mię poprostu, abym opu- 
ścił jego sklep. Taki był wynik mego altruizmu 
i przesadnego współczucia..... 
Powróćmy jednak do normalnego przebiegu 
upojenia. Po owej pierwszej fazie dziecinnej weso- 
łości, następuje jak gdyby ch\vilowe uspokojenie. 
Jednak wkrótce uczucie pewnej świeżości w koń- 
czynach (które u pewnych osobników może nawet 


61
		

/str070_0001.djvu

			przejść w bardzo silny chłód) i wielkie osłabienie 
wszystkich członków, zapowiadają zbliżanie się no- 
wych zdarzeń i ma się ręce jak IIZ waty", zaś w gło- 
wie i w całej istocie czuje się osłupiałość i kłopotli- 
we zdumienie. Oczy rozszerzają się; pociąga je we 
wszystkich kierunkach nieubłagana ekstaza. Twarz 
pokrywa się bladością. Wargi zwężają się, wciskają 
się do wnętrza jamy ustnej, wraz z owem wciąga- 
niem powietrza, tak charakterystycznem dla czło- 
wieka ogarniętego amhicją wielkich zamierzeń, opa- 
nowanego przez rozległe myśli - albo też nabiera- 
jącego powietrza przed wzięciem rozpędu. Gardło, 
że tak powiem, zamyka się. Podniebienie wysycha 
wskutek pragnienia, i byłoby niesłychanie przyjem- 
nie módz je ukoić, gdyby rozkosze lenistwa nie by- 
ły milsze i nie sprzeciwstawiały się najmniejszemu 
poruszeniu ciała. Westchnienia chrapliwe i głębokie 
wyrywają się z piersi, jak gdyby dawniejsze nasze 
ciało nie było w stanie podołać pożądaniom i dzia- 
łalności nowej duszy. Od czasu do czasu porusza 
nami wstrząs mimowolny, jak owe drgania, które 
pod koniec pracowitego dnia lub nocy burzliwej 
poprzedzają zaśnięcie... 
Zanim pójdziemy dalej, chcę z powodu owego 
uczucia chłodu, o I>tórem wyżej mówiłem, przyto- 
czyć jeszcze jedną opowieść, która posłuży do wy- 
kazania, jak dalece wrażenia czysto fizyczne mogą 
ulegać przeobrażeniom, zależnie od właściwości 


62
		

/str071_0001.djvu

			medjum. Tym razem mówi literat, i w niektórych 
ustępach jego opowiadania zdaje się przebijać lite- 
racki temperament. 
"Przyjąłem - mówi on - umiarkowaną daw- 
kę tłustego ekstraktu i wszystko szło pomyślnie. 
Kryzys chorobliwej wesołości trwał niedługo i znaj- 
dowałem się w stanie niemocy i zadziwienia, który 
był prawie szczęśliwością. Obiecywałem więc sobie 
wieczór spokojny i wolny od trosk. Na nieszczęście 
traf zmusił mię do towarzyszenia komuś na przed- 
stawienie teatralne. Przyjąłem los swój mężnie, po- 
stanowiwszy ukryć swe niezmierne pragnienie leni- 
stwa i bezruchu. Nie znalazłszy w swej dzielnicy 
wolnego powozu, musiałem zdecydować się na 
przebycie znacznej przestrzeni pieszo, poprzez nie- 
zgodne hałasy pojazdów, bezmyślne rozmowy prze- 
chodniów - poprzez cały ocean pospolitości. Lekka 
świeżość objawiała się już w końcach palców - nie- 
bawem przeszła ona w dojmujący chłód, jak gdyby 
ręce moje były zanurzone w konwi z lodowatą wo- 
dą. Nie było to jednak cierpienie; ostre to niemal 
wrażenie odczuwałem raczej jak rozkosz. Jednak- 
Że zdawało mi się. Że ów chłód obejmował mię co- 
raz bardziej w trakcie tej nieskończenie długiej 
drogi. Dwa czy trzy razy zapytywałem osobę. któ- 
rej towarzyszyłem, czy istotnie jest zimno - i za 
każdym razem otrzymywałem odpowiedż, że, prze- 
ciwnie, jest więcej niż ciepło. Zainstalowawszy się 


63
		

/str072_0001.djvu

			wreszcie w sali, zamknięty w przeznaczonem mi pu- 
dle, mając trzy czy cztery godziny spokoju przed 
sobą, uważałem, żem dotarł do ziemi obiecanej. 
Uczucie, z którem w ciągu długiej drogi walczyłem 
z całą biedną energją, na jaką umiałem się zdobyć, 
rozwielmożniło się teraz, to też oddałem się dobro- 
wolnie memu niememu zapamiętaniu. Chłód zwięk- 
szał się Ciągle, a przecież widziałem koło siebie lu- 
dzi lekko ubranych, a nawet ocierających pot z czo- 
ła, jak gdyby z powodu doznawanego gorąca. I opa- 
nowała mię myśl radosna, że jestem człowiekiem 
uprzywilejowanym, któremu wyłącznie danem było 
czuć chłód latem w przepełnionej sali. Ten chłód 
wzmagał się, sta j ąc się niepokoj ącym; nadewszyst- 
ko jednak opanowała mię ciekawość - do jakiego 
też stopnia może się wzmódz ów chłód. Wkońcu do- 
szedł on do takiego punktu, stał się tak zupełny, 
tak ogólny, że wszystkie me uczucia zamarzły, i, że 
tak powiem, stałem się kawałkiem myślącego lodu; 
patrzyłem na siebie, jak na statuę wykutą w bryle 
lodu - i ta szalona halucynacja czyniła mię dum- 
nym. sprawiała mi zadowolenie moralne. którego 
niepodobna wyrazić. Powiększało zaś mą obrzydli- 
wą uciechę przeświadczenie, że otaczający mię lu- 
dzie nie domyślają się mojego stanu - mej nad ni- 
mi wyższości
 A wreszcie. co za szczęście myśleć. 
że osoba, w której towarzystwie się znajdowałem, 
. ani na chwilę nie podejrzewa, jak dziwaczne wra- 


64
		

/str073_0001.djvu

			żenia mną opanowały. Nagrodą dokonywanego wy- 
siłku była duma z jego wyniku, ponieważ wyjątko- 
wy mój stan rozkoszny pozostawał tajemnicą dla 
wszystkich. 
"Po za tem, zaledwie wszedłem do loży, wzrok 
mój został uderzony wrażeniem ciemności, pozosta- 
jącem zdaje się w pewnym związku z uczuciem 
chłodu. Możliwe jest, że te dwa wrażenia wzajem- 
nie powiększały swoje napięcie. Wiadomo panu, że 
haszysz sprowadza zawsze wrażenie wspaniałych 
fantasmagorii świetlnych - całych kaskad płynne- 
go złota oJ; korzysta on w tym celu z każdego świa- 
tła - i z tego które lśni szeroką taflą, i z tego któ- 
re drży migotliwie, czepiając się ostrz i kantów ota- 
czających nas przedmiotów - z tego które płynie 
od kandelabrów sal, i od świec majowego nabożeń- 
stwa, i od czerwonych, słonecznych lawin zachodów. 
Zdaje się, że nędzny żyrandol teatralnej sali do- 
starczał za mało światła memu nienasyconemu 
pragnieniu jasności; zdawało mi się, jakem już po- 
wiedział, że wszedłem w świat ciemności-które zre- 
sztą zgęszczały się coraz bardziej, podczas gdym 
marzył o nocach polarnych, i o wiecznej zimie. Co 
do sceny (była to scena poświęcona sztuce lekkiej), 
jedynie ona świeciła - nieskończenie mała, odsu- 
nięta daleko - bardzo daleko, jakby w końcu 01- 


a) Porównaj wiersz ..Sen paryski". 


Wiuo i HaszjlZ-S 


65
		

/str076_0001.djvu

			brzymiego stereoskopu. Nie mogę powiedzieć, abym 
słuchał aktorów - wie pan, że to niemożliwe; od 
czasu do czasu myśl moja chwytała w przelocie ja- 
kiś ułamek zdania i, niby zręczna tanecznica, posłu- 
giwała się nim j ak trampoliną, by przerzucić się 
w bardzo dalekie marzenia. Możnaby przypuszczać, 
że sztuka dramatyczna w ten sposób słuchana, tra- 
ci związek logiczny. Bynajmniej - odkrywałem 
treść bardzo subtelną w dramacie, jaki tworzyło me 
roztargnienie. Nic mię nie raziło - i byłem podobny 
do owego poety, który, patrząc po raz pierwszy na 
EsteTę, uważał za zupełnie naturalne, że Aman czy- 
ni królowej oświadczenie miłosne. Była lo, jak się 
łatwo domyśleć, chwila, gdy ten pada do nóg Este- 
ry, by wyprosić u niej przebaczenie za swe zbrod- 
nie. Gdyby się słucbało wedle tej metody wszyst- 
kich dramatów, zyskałyby one wiele na piękności- 
nie wyłączając dramatów Racine'a. 
"Aktorzy wydawali mi się niezmiernie mali, 
obwiedzeni ścisłym, ostro wyprowadzonym kontu- 
rem, jak meissonierowskie figury. Widziałem do- 
kładnie nietylko najdrobniejsze szczegóły ich stro- 
ju, jak deseń tkanin, szwy, guziki i t. d., ale nawet 
Iinję oddzielającą fałszywe czoło od prawdziwego, 
bielidło, niebieskie i cZerwone szminki - wszystkie 
tajemnice ugrymowania. I ci lilipuci byli oblani ja- 
snością zimną i magiczną w rodzaju tej, jaką bar- 
dzo przezroczysta szyba nadaje olejnemu obrazo- 


66
		

/str077_0001.djvu

			wio - Gdym się wydostał wreszcie z owej piwnicy 
zamrożonych ciemności, gdy powoli rozproszyły się 
fantasmagorj e wewnętrzne i powróciłem do rzeczy- 
wistości, czułem zmęczenie tak wielkie, jakiego mi 
nie sprawiła nigdy najuciążliwsza praca". 
Istotnie, w tem stadjum upojenia zjawia się 
nowe wysubtelnienie - wzmożone zaostrzenie 
wszystkich zmysłów. Powonienie, wzrok, słuch, do- 
tyk biorą w równej mierze udział w tem udoskona- 
leniu. Wzrok sięga w nieskończoność. Ucho odróż- 
nia nieuchwytne prawie dżwięki pośród największej 
wrzawy. Wtedy też rozpoczynają się halucynacje. 
Przedmioty zewnętrzne powoli, kolejno nabierają 
szczególnych pozorów, tracą zwykłe swe kształty, 
a raczej przeinaczają je. Potem zjawiają się dwu- 
znaczności - przyjmowanie jednego za drugie, 
transpozycje idei. Dżwięki oblekają się w barwy, 
z barw zaś płynie muzyka. - Powiedzą mi może, 
że jest to zupełnie naturalne, ponieważ każdy 
umysł poetyczny w stanie normalnym tworzy czę- 
stokroć te analogje '). Uprzedzałem już czytelnika, 
że w upojeniu haszyszem nie ma w istocie nic nad- 
przyrodzonego - jednak w tym stanie owe analo- 
-gje nahierają niezwykłej żywości; przenikają one, 
opanowują, przytłaczają umysł w sposób despo- 
tyczny. Nuty muzyczne stają się liczbami-i, jeżeli 


-J Porównaj słynny sonet "Odpowiedniki". 


67
		

/str078_0001.djvu

			umysł nasz posiada pewne zdolności matematycz- 
ne, słuchane przez nas melodja, barmonja, zacho- 
wując cechy rozkoszy zmysłowej, przeradzają się 
w rozległe działanie arytmetyczne, gdzie z liczb 
płodzą się liczby, my zaś śledzimy fazy i generacje 
tego płodzenia z niesłychaną łatwością percepcji, 
pozwalającą nam bez trudu podążać za biegłością 
wykonawcy. 
Zdarza się niekiedy, że osobowość zanika, i ob- 
jektywizm, właściwy poetom panteistycznym, roz- 
rasta się w nas tak wszechwładnie, że zapatrzenie 
się w przedmioty zewnętrzne doprowadza do za- 
pomnienia o własnem istnieniu - i że stopniowo 
zlewamy się z niemi 'J. Oko nasze zatrzymuje się 
na drzewie, harmonijnie gnącem się od wiatru: po 
kilku chwilach to co w mózgu poety byłoby jedy- 
nie naturalnem porównaniem - metaforą, sta- 
je się w naszym mózgu rzeczywistością. Najprzód 
przenosimy na drzewo nasze namiętności, nasze 
pragnienia, czy smutki; jego pojękiwania i kołysa- 
nia stają się naszemi - i oto stajemy się drzewem. 
Tak samo ptak, unoszący się w głębi lazuru uosa- 
bia zrazu nieśmiertelne pragnienie wznoszenia się 
ponad sprawy ziemskie - lecz oto już jesteśmy 
samym ptakiem. - Przypuśćmy, że siedzimy, pa- 


-) Por6wnaj mały poemat prozą ..Wyznanie wiary 
artysty". 


68
		

/str079_0001.djvu

			ląc. Uwaga nasza zatrzyma się nieco dłużej na nie- 
bieskawym dymie, unoszącym się z fajki. Myśl 
o ulatnianiu się powolnem, wiecznem owładnie na- 
szym umysłem - i niebawem przeniesiemy tę ideę 
na własne myśli, na naszą substancję myślową. 
Dzięki szczególnemu rozdwojeniu się - przez ro- 
dzaj transpozycji czy qui pro quo myślowe poczu- 
jemy, że się ulatniamy i przypiszemy fajce (w któ- 
rej poczuliśmy się skurczeni i zmięci jak tytuń) 
osobliwą zdolność spalania nas... Dobrze nam 
z tem - i jedno tylko pytanie zaprząta nas i niepo- 
koi: jak się wydobędziemy z fajki?... 
Na szczęście, to nieskończenie długie urojenie 
trwało w istocie zaledwie minutę - bo właśnie 
w tym czasie zdobyta kosztem niezmiernego wysił- 
ku chwila panowania nad sobą pozwoliła nam ze- 
środkować uwagę na zegarze. - Jednakże unosi 
nas już inny prąd myśli: będzie on kręcił nami je- 
szcze przez minutę w swym żywym wirze - i ta 
druga minuta będzie nową wiecznością. Bowiem 
wymiary czasu i trwania popadły w zupełny nieład, 
dzięki mnogości i napięciu wrażeń i idei. Zdawało- 
by się, że przeżywamy w ciągu godziny kilka żywo- 
tów ludzkich. - Czyż nie jesteśmy wówczas podob- 
ni do fantastycznego romansu - żywego nie zaś 
pisanego? 
Jeżeli mówię o halucynacjach, nie należy brać 
tego wyrazu w ścisłem tego słowa znaczeniu. Bar- 


69
		

/str080_0001.djvu

			dzo ważny odcień odróżnia właściwą halucynację, 
jak ją mają sposobność obserwować lekarze, od ha- 
lucynacji - raczej nieporozumienia zmysłów, jakie 
daje się spostrzegać w stanie duchowym, wywoła- 
nym przez haszysz. W pierwszym wypadku halu- 
cynacja jest nagła, zupełna - fatalna; co więcej 
nie znajduje ona objaśnienia ani usprawiedliwienia 
w świecie otaczających zjawisk. Chory widzi kształ- 
ty, słyszy dźwięki tam, gdzie ich nie ma. Zaś w dru- 
gim wypadku halucynacja jest postępowa, niemal 
dobrowolna, i staje się zupełną - dojrzewa jedy- 
nie dzięki działaniu wyobraźni. Nakoniec ma ona 
swój powód. Dżwięk będzie mówił, będzie wypo- 
wiadał rzeczy na swój sposób - jednakźe dżwięk 
był. Oko upojone haszyszem będzie widziało 
kształty dziwaczne, ale zanim się stały dziwaczny- 
mi, czy potwornymi, te kształty istniały jako zwy- 
kłe i naturalne. T o, że halucynacja. zrodzona 
w upojeniu, posiada napięcie i żywość niezwykle 
wymowne, bynajmniej nie obala zasadniczej jej od- 
rębności: ma ona korzenie w ołaczającem nas śro- 
dowisku - w czasie teraźniejszym - gdy właści- 
wa, patalogiczna halucynacja ich nie ma. 
Aby dać lepsze pojęcie o tem wrzeniu wyobraż- 
nit o tern dojrzewaniu marzenia, o tern poetycznem 
rozradzaniu się, na które zdany jest mózg zatruty 
haszyszem, przytoczę jes7.cze jedną opowieść.- 
Tym razem mówi nie młody człowiek, oddany bez- 


70
		

/str081_0001.djvu

			czynności, ani też literat, lecz kobieta - dojrzała, 
ciekawa wszystkiego, obdarzona umysłem łatwo 
podniecającym się - kobieta, która, ustąpiwszy 
chęci zapoznania się z trucizną, w następujący spo- 
sób opisuje w liście do innej damy istotę doznanych 
wizji. Cytuję dosłownie: 
"Jakkolwiek dziwne i niezwykłe są wrażenia, 
jakich doznałam w czasie dwunastogodzinnego 
(dwunasto - czy dwudziestogodzinnego - do- 
prawdy nie wiem] szaleństwa - nie powtórzę go 
więcej. Podniecenie duchowe jest za żywe, zmęcze- 
nie następujące po niem zbyt wielkie; wreszcie, mó- 
wiąc prawdę, sądzę, że w tej zabawie jest coś wy- 
stępnego. - Bądż co bądż, ustąpiłam ciekawości; 
zresztą było to szaleństwo zbiorowe u starych przy- 
jaciół, wśród których zdawało mi się, że mogę po- 
zwolić sobie na pewne ustępstwo ze swej godno- 
ści. - Przedewszystkiem muszę zaznaczyć, że ten 
przeklęty haszysz jest substancją nader zdradziec- 
ką; chwilami zdaje się nam, żeśmy się już uwolnili 
od upojenia, jednak wkrótce okazuje się, żeśmy się 
jeno dali oszukać temu cichemu kłamcy. Mianowi- 
cie pojawiają się chwile spokoju, po których jednak 
następują powroty. I tak około dziesiątej wieczo- 
rem poczułam się chwilowo w pozornie normalnym 
stanie; zdawało mi się, że uwolniłam się od tego 
nadmiaru życia, który sprawił mi istotnie wiele roz- 
koszy, lecz nie był wolny od niepokoju i obaw. Za- 


71
		

/str082_0001.djvu

			brałam się z przyjemnością do kolacji. jakby znu- 
żona długą podróżą; dotychczas bowiem przez 
ostrożność powstrzymywałam się od jadła. Jednak, 
zanim wstałam od stołu, m6j szał pochwycił mię 
znÓw, jak kot mysz, i trucizna zaczęła na nowo 
igrać z mym biednym mózgiem. Pomimo, że mie- 
szkałam niedaleko od pałacu naszych przyjaciół 
i że miałam do rozporządzema powóz, poczułam 
taką potrzebę pogrążenia się w marzeniu i oddania 
się temu nieprzepartemu szaleństwu, że z radością 
przyjęłam zaproszenie przenocowania na miejscu. 
Zna pani ten pałac; wie pani, że urządzono, odno- 
wiono go - wprowadzono nowoczesny komfort do 
części zamieszkałej przez właścicieli, lecz że nie 
tknięto drugiej, zwykle niezamieszkałej części-po- 
zostawiając nienaruszoną dawną stylową jej deko- 
rację. Stanęło na tem, że zaimprowizowano mi sy- 
pialnię w tej właśnie starej części pałacu i obrano 
do tego najmniejszy pokój - rodzaj buduaru, nie- 
co wyblakłego i postarzałego, nie mniej jednak 
ślicznego. Postaram się chociażby w ogólnych za- 
rysach opisać go, aby mogła pani zrozumieć niezwy- 
kłą wizję, jakiej stałam się ofiarą - wizji, która 
trwała noc całą, przyczem jednak nie zdawalam so- 
bie wcale sprawy z biegu czasu. 
"Ów buduar jest bardzo mały, bardzo wązki. 
Ponad gzemsem sufit jest kulisto sklepiony; ściany 
są wyłożone wązkiemi a długiemi zwierciadłami, 


72
		

/str083_0001.djvu

			zaś przestrzeń między niemi zajmują panneaux, 
utworzone przez namalowane na ścianach pejzaże
 
nie ujęte w dekoracyjne ramy. Na wysokości gzem- 
su na ścianach widnieją rozliczne figury alegorycz- 
ne - jedne w pozach spokojnych, inne biegnące. 
lub unoszące się w powietrzu. Ponad niemi barwne 
ptaki i kwiaty. Poza figurami i zgodnie z łukiem 
sklepienia biegnie okratowanie aItanowe. namalo- 
wane z łudzącem naśladowaniem natury. Ten su- 
fit jest wyzłocony tak, że wolne przestrzenie mię- 
dzy figurami i żerdziami okratowania są pokryte 
złotem, dzięki czemu ku środkowi sklepienia złote 
tło jest poprzedzielane jedynie siatką pozornych 
prętów. Jak pani łatwo to sobie wystawić może, 
przypomina to nader wykwintną, nader piękną klat- 
kę, przeznaczoną dla bardzo wielkiego ptaka. Mu- 
szę dodać, że noc była prześliczna, przeczysta; 
księżyc świecił tak jasno, że nawet po zgaszeniu 
świecy cała dekoracja buduaru została widoczną - 
i to oświetlona nie okiem mej duszy, jakby to pani 
mogła sądzić, lecz w tę piękną noc istotnie oświe- 
tlona promieniami, które czepiały się tego haftu ze 
złota, zwierciadeł i gamy kolorów. 
fiNa razie zdziwiły mię niezmiernie szerokie 
przestrzenie, ścielące się wkoło na wszystkie stro- 
ny; były tam jasne rzeki i widoki odzwierciadlają- 
ce się w cichych wodach "J. Domyśla się pani, że 


.) Porównaj wiersz "Sen paryski". 


73
		

/str084_0001.djvu

			był to efekt pejzaży, zdobiących ściany, a odbijają- 
cych się w zwierciadłach. Podnosząc oczy, spostrze- 
głam zachodzące słońce, podobne do zastygającego 
roztopionego metalu. Było to złoto sufitu; jednak 
owe aItanowe żerdzie, czy pręty wywoływały wra- 
żenie, że znajduję się wewnątrz klatki, lub domu, 
otwartego na wszystkie strony w przestrzeń, i że 
oddzielają mię od wszystkich tych cudów jedynie 
kraty wspaniałego mego więzienia. Zrazu śmiałam 
się ze swego złudzenia; lecz im więcej wpatrywałam 
się, tem bardziej potężniał urok - nabierał życia, 
przejrzystości i despotycznej realności. Od tej 
chwili poczucie, że jestem zamknięta, zaczęło pa- 
nować nad moim umysłem, nie szkodząc jednak 
zbytnio różnorodnej rozkoszy, sprawianej przez 
roztaczające się dokoła i nademną widoki. Zdawa- 
ło mi się, jakobym była zamknięta na długo - mo- 
że na tysiące lat - w tej wspaniałej klatce - śród 
tych bajkowych pejzaży - śród tych cudownych 
horyzontów. Marzyła mi się Królewna śpiąca - po- 
kuta. której należało dokonać - przyszłe wyba- 
wienie. - Ponad głową moją unosiły się barwne 
podzwrotnikowe ptaki, a że jednocześnie do uszu 
dolatywało zdaleka pobrzękiwanie dzwonków, 
uwieszonych u szyi koni, biegnących po wielkiej 
drodze, więc dwa zmysły zlewały wrażenia w je- 
den obraz: zaczęłam przypisywać ptakom ten ta- 
jemniczy śpiew mosiądzu, i zdało mi się, że śpiewa- 


74
		

/str085_0001.djvu

			ją one metalicznemi gardłami. - Widocznem było, 
że rozmawiały one o mnie, że głosiły światu o mo- 
jem uwięzieniu. Wykrzywiające się małpy, drwiące 
satyry zdawały się naigrawać z leżącej, skazanej' 
na bezruch, uwięzionej kobiety. Jednak wszystkie 
bóstwa mitologiczne patrzyły na mnie z czarującym 
uśmiechem, jakby zalecając poddanie się i cierpli- 
we znoszenie oczarowania - wszystkie źrenice osu- 
wały się ku końcom powiek. jakby chcąc zespolić się 
z moim wzrokiem. Doszłam przeto do wniosku, że 
jeżeli stare winy moje - jeżeli jakie grzechy, nie- 
znane mnie samej, spowodowały tę czasową karę, 
to jednak ostatecznie mogę liczyć na najwyższą do- 
broć... 
"Ten stan trwał długo - bardzo długo... Czy 
trwał aż do rana? Nie wiem. Ujrzałam nagle słoń- 
ce poranne, zalewające pokój; odczuwałam żywe 
zdziwienie i mimo cały wysiłek pamięci nie umia- 
łam zdać sobie sprawy, czy spałam, czy też prze- 
trwałam cierpliwie rozkoszną noc bezsenną. 
"Tylko co była noc - i już dzień! A jednak 
trwało to długo - och, niezmiernie długol Ponie- 
waż poczucie czasu - raczej miara czasu znikła. 
mogłam zmierzyć noc całą jedynie ilością przeży- 
tych myśli i wrażeń. I jakkolwiek z tego punktu 
widzenia mogła mi się ona wydawać niezmiernie 
długą, to jednak zdawało mi się, że trwała ona nie 


75
		

/str086_0001.djvu

			więcej jak kilka sekund - lub nawet że nie zajęła 
wcale miejsca w biegu wieczności"... 
Często haszysz wywołuje uczucie żywego gło- 
du, prawie zawsze dojmującego pragnienia, lecz za- 
spokojenie ich wymaga z naszej strony niezmierne- 
go wysiłku, gdyż człowiek czuje się tak dalece wyż- 
szym od spraw natury roaterjalnej, albo raczej jest 
tak opanowany przez upojenie, że musi zdobyć się 
na niestychany wysiłek, aby poruszyć butelkę lub 
widelec. 
Ostateczny kryzys, wywołany trawieniem po- 
-karmu, jest bardzo gwałtowny. Jest się niezdolnym 
do walki. Podobny stan byłby nie do zniesienia, 
gdyby trwał długo i nie ustępował wkrótce miejsca 
innej fazie upojenia... Ten nowy stan ludzie Wscho- 
du nazywają kiel. Tu znika natłok i wirwar wra- 
żeń - nastaje szczęśliwość spokojna, bez ruchu - 
rezygnacja pełna chwały. Oddawna już nie panuje- 
my nad sobą, ale nie martwi nas to. Troski - i po- 
jęcie czasu znikły, a jeśli niekiedy ośmielą się uka- 
zać, to zgoła przeobrażone przez dominujące wra- 
żenie - i wówczas, w porównaniu ze zwykłą swą 
formą bytu, są tem, czem jest melancholja poetyc- 
ka wobec cierpienia rzeczywistego. 


,
		

/str087_0001.djvu

			. 


IV. CZŁOWIEK-BóG. 


Dotąd dałem jedynie skróconą monografję upo- 
jenia, ograniczając się przedstawieniem zasadni- 
czych cech jego - przeważnie materjalnej natury. 
Lecz dla ludzi uduchowionych ważniejszem jest 
poznać oddziaływanie trucizny na duchową stronę 
człowieka, t. j. zjawiska rozrostu, przekształcania 
się i przerostu, że tak powiem, zwykłych naszych 
uczuć oraz percepcji moralnych, przedstawiających 
naówczas w wyjątkowej atmosferze istotne zjawi- 
sko załamania. 
Człowiek, który po dłuższem oddawaniu się 
nałogowi opjum czy haszyszu, mimo nieuniknione 
osłabienie, będące następstwem przyzwyczajenia 
do tej niewoli, znalazł dość mocy, aby zerwać te 
pęta, wydaje mi się jakby skazańcem, któremu się 
udało wyrwać z każni. Wzbudza on we mnie 
więcej podziwu, aniżeli ostrożny człowiek, który 
nigdy nie upadł, starając się zawsze unikać pokusy. 
Anglicy stosują często do spożywców opjum okre- 
śleń, które mogą się wydawać przesadnemi jedy- 
nie tym, którzy nie zaznali grzechu - którym obce 
są okropności tego upadku: enchained. łettered. 


77
		

/str088_0001.djvu

			enslaved. Istotnie - są to kajdany, wobec których 
wszystkie inne, jak więzy obowiązku, czy nieprawej 
miłości, są zaledwie przepaskami z gazy - nićmi 
pajęczemiI Przerażający związek małżeński czło- 
wieka z samym sobą! 
"Stałem się niewolnikiem opjum; trzymało mię 
ono w swych więzach - i wszystkie moje zajęcia 
i plany nabrały zabarwienia sennych marzeń 
moich" - mówi małżonek Ligei; a w iluż innych 
jeszcze cudownych ustępach Edgar Poe, ten poeta 
niezrównany, ten filozof nieprzeparty, którego sta- 
le cytować trzeba, mówiąc o tajemniczych choro- 
bach duszy, opisuje posępne, oplątujące w swe 
więzy wspaniałości opjum! - Kochanek świetlany 
Bereniki, metafizyk Egeusz, mówi, jakiemu zakłó- 
ceniu uległy jego władze duchowe, które doprowa- 
dzone zostały do tego, że fatalnie nadawały nienor- 
malne, potworne wartości naj prostszym zjawiskom. 
"Zastanawiać się niezmordowanie, w ciągu dłu- 
gich godzin, z uwagą przygwożdżoną do jakiejś bła- 
hej cytaty na marginesie lub w tekście książki - 
całe pół dnia letniego być zaabsorbowanym dzi- 
wacznym cieniem, biegnącym ukośnie po obiciu po- 
koju, lub podłodze - czuwać z zapamiętaniem 
w ciągu całej długiej nocy nad prawym płomieniem 
lampy.), lub żarem kominka - marzyć dzień cały 


-) Autor ma tu prawdopodbnie na myśli lampę dawne... 
go typu o dwu płomieniach. B. W. 


78
		

/str089_0001.djvu

			o zapachu jakiego kwiatu - powtarzać monotonnie 
kilka pospolitych wyrazów tak długo, aż dzięki cią- 
głemu powtarzaniu dźwięk ich przestaje mieć dla 
myśli jakiekolwiek znaczenie - takie oto były nie- 
które, najbardziej pospolite i najmniej zgubne zbo- 
czenia moich władz umysłowych - zboczenia któ- 
re zapewne nie są zupełnie wyjątkowemi, ale któ- 
rych niepodobna wyjaśnić, ani zanalizować". - Zaś 
nerwowy August Bedloe, który co rano przed prze- 
chadzką połyka dawkę opjum, przyznaje, że głów- 
ną zdobyczą, jaką osiąga z tego codziennego zatru- 
wania się, jest niepomierne zainteresowanie wszyst- 
kimi przedmiotami - nawet najpospolitszymi: 
"Jednak opjum już wywarło swe zwykłe działanie, 
przyoblekając cały świat zewnętrzny natężonem za- 
interesowaniem. Z drżenia listowia - z zabarwie- 
nia żdżbła trawy - z kształtu liścia koniczyny - 
z brzęczenia pszczoły - z odblasków kropli rosy - 
z westchnienia wiatru - z nieokreślonych zapa- 
chów, idących od lasu - ze wszystkiego płynął ca- 
ły świat natchnień, wspaniały, mieniący się pochód 
myśli, nie powiązanych z sobą - rapsodycznych". 
Tak mówi przez usta swych bohaterów mistrz 
okropności - książę tajemniczości. Te dwie cha- 
rakterystyki działania opjum dadzą się w zupełno- 
ści zastosować do haszyszu; i tu i tam inteligencja, 
przedtem swobodna, staje się niewolnicą; jednak 
określenie: rapsodyczny, wyrażający tak dobrze 


79
		

/str090_0001.djvu

			bieg myśli podsuwanych i narzucanych przez świat 
zewnętrzny, przez zbieg okoliczności, nabiera je- 
szcze prawdziwszej i straszliwszej słuszności przy 
haszyszu. Tu rozumowanie staje się jakimś szcząt- 
kiem rozbitego statku, zdanym na łaskę przygod- 
nych prądów - bieg myśli jest jeszcze nieskończe- 
nie więce; przyśpieszony i bardziej rapsodyczny. 
Czyli-aby być możliwie jasnym-haszysz w swych 
bezpośrednich skutkach działa da1eko gwałtowniej, 
aniżeli opjum, jest da1eko bardziej wrogi regular- 
nemu życiu - słowem sprowadza da1eko większe 
zaburzenia. Nie wiem, czy dziesięć lat zatruwania 
się haszyszem sprowadzi spustoszenia takie jak 
przyjmowanie w ciągu dziesięciu lat opjum; twier- 
dzę tylko, że na dziś i na jutro haszysz wywiera 
działanie bardziej zgubne: tamten jest uwodzicie- 
lem łagodnym - ten niepowściągliwym demonem. 
W ostatniej części chcę wykazać i poddać ana- 
lizie spustoszenia moralne spowodowywane przez te 
rozkoszne, a niebezpieczne praktyki - spustosze- 
nia tak wielkie, niebezpieczeństwa tak przepastne, 
że ci, którzy wraca ją z walki z nieznacznemi jeno 
uszkodzeniami, wydają mi się fenomenami dzielno- 
ści, bohaterami, którzy wydobyli się z pieczary wie- 
lokształtnego Proteusza - Orfeuszami, którzy prze- 
mogli Piekło. Kto chce, niech bierze me słowa za 
przesadną metaforę, wyznam jednak, że podnieca- 
jące trucizny wydają mi się nietylko jednym z naj- 


80
		

/str091_0001.djvu

			straszniejszych środków, jakimi rozporządza Duch 
Ciemności w celu wciągnięcia w sferę swej władzy 
i ujarzmienia godnej politowania ludzkości - ale 
nawet jednem z naj doskonalszych jego wcieleń. 
Chcąc się skrócić i uczynić niniejszą analizę 
jaśniejszą, zamiast gromadzić różnorodne przykła- 
dy skupię na jednej, fikcyjnej osobie zespół obser- 
wacji. Muszę więc zatrzymać się na osobie wedle 
mego wyboru. W swoich Wyznaniach De Quincey 
twierdzi słusznie, że opjum, zamiast usypiać czło- 
wieka, podnieca go, ale podnieca go jedynie w kie- 
runku jemu właściwym, i że dlatego, pragnąc są- 
dzić o działaniu opjum, byłoby niedorzecznością 
czynić swe spostrzeżenia na handlarzu wołami, bo 
ten będzie marzył jedynie o wołach i pastwiskach... 
Aby uszlachetnić mój temat, muszę zebrać wszyst- 
kie jego promienie w jednym kręgu - muszę je 
zogniskować; tragicznym kręgiem, w którym je zbio- 
rę. będzie, jak powiedziałem, dusza wedle mego 
wyboru, coś odpowiadającego temu co XVIII stule- 
cie nazywało człowiekiem wrażliwym, co szkoła ro- 
mantyczna ochrzciła mianem czlowieka niezrozu- 
mianego, a co rodziny i masy mieszczańskie piętnu- 
ją ogólnie epitetem oryginała. 
Temperament na poły nerwowy, na poły cho- 
leryczny najbardziej się nadaje do obserwacji nad 
ewolucjami tego rodzaju upojenia; dodajmy do te- 
go umysł kulturalny, wyrobiony badaniem form 


Wino i Haszy.;r;-6 


81
		

/str092_0001.djvu

			i barwj serce czułe. zmęczone cierpieniem, ale je.. 
szcze zdolne do odżycia. - Posuniemy się, jeżeli 
chcecie, aż do dopuszczenia dawnych przewinień, 
co pociąga za sobą u natur pobudliwych, jeżeli nie 
wyrzuty i określone zgryzoty, to co najmniej żal 
zmarnowanego, nie wyzyskanego należycie czasu. 
Skłonność do metafizyki, znaj omość różnych hipo- 
tez filozoficznych o przeznaczeniu człowieka są 
oczywiście pożądane, również jak umiłowanie cnoty 
abstrakcyjnej - stoickiej, czy mistycznej... Jeżeli 
dodam do tego wielką subtelność zmysłów, którą 
pominąłem wyżej jako warunek nie nieodzowny - 
zdaje się, żem zebrał elementy główne, naj ogól- 
niejsze współczesnego człowieka wrażliwego - te- 
go, coby można nazwać pospolitą formą oryginal- 
ności. Przyjrzyjmy się teraz, czem stanie się ta indy- 
widualność krańcowo wzmożona przez haszysz. Po- 
stępujmy krok w krok za pochodem wyobrażni ludz- 
kiej aż do ostatniej i- naj wspanialszej jej stacji, - 
aż do uwierzenia osobnika we własną boskość. 
Otóż, jeżeli jesteśmy jedną z owych dusz, wro- 
dzone nasze zamiłowanie formy i barwy znajdzie na 
wstępie obfity pokarm w początkowem stadjum upo- 
jenia. Barwy nabierają niezwykłej in1ensywności 
i wchodzą do mózgu ze zwycięską mocą. W nikłe, 
mierne, a nawet Iicb.e malowidła plafonowe wstę- 
puje dziwne życie; najpospolitsze papierowe obi- 
cia, pokrywające ściany oberży, pogłębiają się we 


82
		

/str093_0001.djvu

			wspaniałe dioramy. Nimfy o świetnej karnacji spo- 
glądają na nas wielkiemi oczami, czystszemi od 
wód i nieba; postacie antyczne, obleczone w szaty 
kapłańskie lub rycerskie czynią nam samemi spoj- 
rzeniami solenne zwierzenia. Wygięcia Iinji są ję- 
zykiem zdecydowanie jasnym, zapomocą którego 
czytamy wzruszenia i pragnienia dusz. Tymczasem 
pojawia się ów stan duszy, tajemniczy i przemijają- 
cy, kiedy głębia życia, najeżonego rozlicznemi za- 
gadnieniami, objawia się cała w widoku - choćby 
na.jzwyklejszym i najpospolitszym-jaki nasunął się 
przed oczy, i gdzie pierwszy lepszy przedmiot staje 
się mówiącym symbolem. 
Oto F ouńer i Swedenborg, jeden ze swemi ana- 
logiami, drugi ze swymi odpowiednikami"), wcielili 
się w świat roślinny i zwierzęcy, jaki nasuwa się 
nam przed oczy - i zamiast przemawiać głosem, 
pouczają nas formą. 
Jasność alegorji przybiera nieznane nam roz- 
miary; zauważmy mimochodem, że alegorja, ten 
rodzaj tak uduchowiony, chociaż spospolitowany 
przez niezręcznych malarzy, będący jednak w isto- 
cie jedną z najpierwotn1ejszych i naj naturalniej- 
szych form poezji, odzyskuje należne jej panowa- 
nie w inteligencji rozjaśnionej upojeniem. - Ha- 


*} Por6wnaj mały poemat prozą "Zaproszenie do po.. 
dróży", oraz sonet "Odpowiedniki". 


83
		

/str094_0001.djvu

			szysz rozlewa się wówczas na cały świat, niby wer- 
niks, czy polewa magiczna - zabarwia go jakąś so- 
lennością, prześwieca całą jego głęhię. Koronkowe 
pejzaże, odległe horyzonty, perspektywy miast, 
ubielonych śmiertelną bladością burzy, albo zala- 
nych zgęszczonym żarem słońc zachodzących- 
głębie przestrzeni, będące alegorjami głębi czasu - 
taniec, giest czy deklamacj,a aktorów, jeśliśmy tra- 
fili do teatru,- pierwsze lepsze zdanie, jeśli wzrok 
padł na książkę, - wszystko wreszcie - całość 
istnienia staje przed nami w nowej, nie podejrzewa- 
nej dotychczas sławie. Nawet gramatyka - sucha 
gramatyka staje się jakiemś wywoławczem czaro- 
dziejstwem; wyrazy wstają do życia, przybrawszy 
na się ciało i kości; rzeczownik w swym majestacie 
rzeczowym; przymiotnik, jako strój przejrzysty, 
ubierający go i wzmagający barwy, niby polewa; 
i słowo - anioł ruchu, nadający bieg zdaniu. Mu- 
zyka, ta druga mowa, ukochana od próżniaków i lu- 
dzi głębokich, szukających wytchnienia w różnorod- 
ności zajęć, mówi nam o nas samych - opowiada 
nam poemat naszego życia: przenika ona w nas _ 
my zaś roztapiamy się w niej. Przemawia ona naszą 
namiętnością nie w sposób nieokreślony i niezdecy- 
dowany, jak to czyni w OWe rozproszone wieczory- 
w dni operowe - ale w sposób ścisły - pozytyw- 
ny, gdzie ruch rytmu znaczy pewien odruch naszej 
duszy, każda nuta przeistacza się w wyraz, zaś ca- 


84
		

/str095_0001.djvu

			ły poemat przenika do naszego mózgu jak obdarzo- 
ny życiem słownik. 
Nie należy sobie wystawiać, że wszystkie te 
zjawiska objawiają się duszy naszej przemieszane, 
z krzykliwym akcentem rzeczywistości i nieładem 
życia zewnętrznego. Oko wewnętrzne przeistacza 
wszystko, nadając wszystkiemu dopełnienie pięk- 
na - to czego mu brak, aby się stało istotnie god- 
nem podobania się. Do tego samego stadjum istotnie 
rozkosznego i zmysłowego należy odnieść rozmiło- 
wanie w wodach lśniących - bieżących, czy spokoj- 
nych - rozmiłowanie, wzmagające się przedziwnie 
przy upojeniu mózgowem u niektórych artystów. 
Zwierciadła dają impuls temu śnieniu, podobnemu 
do pragnienia duchowego, zlewającego się z pra- 
gnieniem fizycznem, które, jak już wspominałem, 
wywołuje suchość w gardle. Wody bieżące, mie- 
niąca się gra wód,- harmonijne kaskady, niebieskie 
ogromy morza - toczą się, śpiewają, drzemią - 
z czarem nieopisanym .J. Woda ukazuje swą pięk- 
ność jak istna czarodziejka - i, chociaż nie bardzo 
wierzę, aby haszysz był w stanie wywołać szał fu- 
rjacki, nie śmiałbym jednak twierdzić, by w upo- 
jeniu haszyszowem widok lśniącej wodnej przepa- 
ści nie przedstawiał niebezpieczeństwa dla umysłu 
rozmiłowanego w przestrzeni i połyskującej jasno- 


.) Porównaj wiersz ..Sen paryski". 


85
		

/str096_0001.djvu

			ści - żeby, mówię, stara bajka o Odynie nie mogła 
się stać dla entuzjasty tragiczną rzet:zywistością. 
Zdaje się. Że już dość mówiłem o niesłychanym 
rozroście czasu i przestrzeni - dwóch pojęć zawsze 
bliskich, przed zagadką których umysł staje jednak 
wówczas bez smutku i bojaźni. Spogląda on z pew- 
ną melancholijną rozkoszą w głąb lat i zapuszcza 
się odważnie w nieskończoną dal przyszłości. Nie- 
trudno domyśleć się, że ten wzrost anormalny 
i bezwzględny stosuje się również do wszystkich in- 
nych uczuć i idei - a więc do życzliwości i miłości. 
Hołdowanie pięknu musi z natury rzeczy zajmować 
obszerne miejsce w duszy typu uduchowionego, któ- 
ry przyjąłem jako podstawę mego założenia. Har- 
monja płynności Iinji, eurytmja ruchów wydają mu 
się w chwili marzenia koniecznościami - obowiqz- 
kiem nietylko wszystkich istot stworzenia, ale rów- 
nież jego samego, owładniętego marzeniem - ob- 
darzonego wtem stadjum kryzysu cudowną zdol- 
nością pojmowania nieśmiertelnego rytmu wszech- 
rzeczy. I jeżeli nasz fanatyk piękna jest pozbawio- 
ny piękności osobistej, nie sądżcie aby cierpiał dłu- 
go, będąc zmuszony uznać ten fakt, lub żeby się 
uwaźał za fałszywą nutę w świecie powszechnej 
harmonji i piękna, który improwizuje jego wyobraż- 
nia. Sofizmaty haszyszowe są liczne i godne podzi- 
wu; prowadzą one zazwyczaj do optymizmu - jed- 
nym zaś z głównych, najbardziej skutecznym jest 


86
		

/str097_0001.djvu

			ten, który przeobraża pragnienia w rzeczywistość. 
Zapewne, tak jest najczęściej i w życiu - ale o ileż 
silniej i subtelniej odbywa się to tutaj I Zresztą, jak- 
żeby istota obdarzona tak wysokim darem pojmo- 
wania harmonji - rodzaj kapłana Piękna - mo- 
gła sama stanowić wyjątek i plamę na własnej kon- 
cepcji? Piękno moralne i jego potęga, wdzięk i je- 
. go urok, wymowa i jej podboje - wszystkie te my- 
śli zjawiają się niezwłocznie jako korektywy dy- 
sonansowej brzydoty, następnie jako pocieszyciel- 
ki - wkońcu jako doskonali pochlebcy urojonego 
królowania. 
Co do wrażeń erotycznych, nieraz uważałem 
jak osoby, powodowane ciekawością wyrostków, 
usiłowały zaspokoić tę ciekawość od osób, którym 
nieobce było użycie haszyszu. Czem staje się upo- 
jenie miłosne - potężne samo w sobie, w stanie na- 
turalnym - gdy się zanurzy w innem upojeniu, jak 
słońce w słońcu? Oto pytanie, jakie się rodzi w wie- 
lu umysłach, które bym nazwał inteligencjami pa- 
rafjańskiemi. - Aby odpowiedzieć na nieprzystojne 
niedomówienie, nie mające odwagi wypowiedzieć 
się głośno, odeślę czytelników do Plinjusza, który 
mówi gdzieś o właściwościach konopi, rozwiewając 
pod tym względem wiele iluzji. Wiadomo zresztą, 
Że niemoc jest zwykłym skutkiem nadużyć nerwo- 
wYch i używania podniecających substancji. Ponie- 
waż zaś w danym wypadku mamy do czynienia nie 


87
		

/str098_0001.djvu

			z siłą istotną, lecz ze wzruszeniem, czy wzmożoną 
wrażliwością, przeto niech czytelnik zechce pamię- 
tać, że wyobrażnia człowieka upojonego haszyszem 
sięga stopnia nadprzyrodzoności, którego ostatecz- 
nych możliwości niepodobna oznaczyć - tak jak 
krańcowej granicy siły wiatru w uraganie; że więc 
i zaostrzeniu jego zmysłów również granic zakreślić 
niepodobna. Nie jest przeto wykluczona możliwość, 
że jakaś lekka, najbardziej niewinna pieszczota, na- 
przykład uścisk dłoni, może wywołać, dzięki chwi- 
lowemu podnieceniu duszy i zmysłów subjekta, sku- 
tek spotęgowany stokrotnie i, być może, doprowa- 
dzić go - i to nawet bardzo szybko - aż do owego 
spazmu, który pospolici śmiertelni uważają za 
summum szczęśliwości. - Niewątpliwie jednak ha- 
szysz budzi w wyobrażni wrażliwej na sprawy mi- 
łosne czułe wspomnienia, którym cierpienie i nie- 
szczęście mogą dodać szczególnego blasku. Nie- 
mniej pewnem jest, Że znaczna doza zmysłowości 
miesza się do tych wzruszeń duchowych... 
Jakeśmy to już zaznaczyli, przy upojeniu ha- 
szyszowem występuje szczególna życzliwość na- 
wet względem nieznajomych - rodzaj altruizmu, 
wypływającego raczej z litości, niż z miłości (w tem 
się już objawia pierwszy zarodek satanicznego pier- 
wiastku, który stopniowo rozwinie się niesłycha- 
nie) - życzliwość posunięta aż do bojażni sprawie- 
nia najmniejszej przykrości komukolwiek; nietrud- 


88
		

/str099_0001.djvu

			no więc przedstawić sobie, czem może się stać czu- 
łość umiejscowiona, skierowana do osoby ukocha- 
nej, która odgrywa obecnie, lub odgrywała w prze- 
szłości doniosłą rolę w życiu uczuciowem chorego. 
Kult, modlitewna niemal adoracja, sny o szczęściu 
rodzą się i wznoszą się z zuchwałą energj ą i świet- 
nością ogni sztucznych; - jak proch i substancje 
barwiące te ognie, olśniewają one i giną w ciemno- 
ściach "J. Niema takiej kombinacji sentymentalnej, 
do której by się nie nagięło, za którą by nie po- 
mknęło gibkie uczucie niewolnika haszyszu. Popę- 
dy opiekuńcze, uczucia ojcowskie, płomienne 
i skłonne do poświęceń, mogą się przemieszać z wy- 
stępną zmysłowością, którą haszysz potrafi zawsze 
usprawiedliwić i rozgrzeszyć. Nie na tem koniec. Je- 
śli popełnione dawniej winy pozostawiły w duszy 
gorzkie ślady, i kochanek czy mąż w stanie normal- 
nym nie może bez goryczy spoglądać w przeszłość, 
zamroczoną chmurami - gorzkie to uczucie może 
się wówczas przeistOCzyć w słodycz; potrzeba prze- 
baczenia czyni wyobrażnię zręczniejszą i ustępliw- 
szą, zaś sam wyrzut w tym djabolicznym drama- 
cie, wypowiadając się wyłącznie w długim monolo- 
gu, może działać jako środek podniecający i roz- 
grzać entuzjazm serca. - Tak, wyrzut I Czyż nie 


-) Porównaj wiersz "Do mej Madonny". "Zaproszenie 
do podróży" - do pewnego zaś stopnia wiersz ..Klejnoty.'
 


89
		

/str100_0001.djvu

			miałem słuszności, mówiąc, że przed umysłem istot- 
nie filozoficznym haszysz staje jako doskonałe na- 
rzędzie szatańskie? Wyrzut, jako szczególny pier- 
wiastek s'kładowy rozkoszy, tonie niebawem w bło- 
giej kontemplacji wyrzutu - w jakiejś rozkoszują- 
cej się sobą analizie, która ogarnia go tak nagle, że 
człowiek - ten djabeł z przyrodzenia, mówiąc ję- 
zykiem Swedenborgjan - nie spostrzega, jak dale- 
ce odbywa się ona poza jego wolą, i jak on z każdą 
sekundą zbliża się do szatańskiej doskonałości. Po- 
dziwia on swój wyrzut, gloryfikuje siebie w chwili, 
gdy zatraca swą wolność. 
I oto mój urojony człowiek, umysł z mego wy- 
boru, dochodzi do tego stopnia rozradowania i po- 
gody ducha, przy którym zmuszony jest podziwiać 
samego siebie. Wszelkie sprzeczności zanikają. 
wszelkie zagadnienia filozoficzne stają się jasne - 
przynajmniej wydają się takiemi. Wszystko staje 
się przedmiotem zadowolenia. Odczuwana w danej 
chwili pełnia życia napawa go nieplJlnierną dumą. 
Jakiś głos (niestety to jego własny) mówi doń we- 
wnętrznie: "Masz teraz prawo uważać siebie za 
wyższego od wszystkich; nikt nie wie i nie byłby 
w stanie zrozumieć tego co myślisz i czujesz; ludzie 
niezdolni są nawet ocenić życzliwości, jaką wzbu- 
dzają w tobie. Jesteś królem nie poznawanym przez 
tłum - i żyjącym w samotni swego przekonania 
wewnętrznego. Lecz cóż cię to może obchodzić? 


90
		

/str101_0001.djvu

			Czyż nie masz w sobie monarszej pogardy. czynią- 
cej duszę tak dobrą?" 
Jednakże można przypuścić, że od czasu do 
czasu bolesne wspomnienie przetnie i zakłóci to 
szczęście. - Jakaś sugestja zewnętrzna może 
wskrzesić niemiłą przeszłość. Bo ileż czynów głu- 
pich lub nikczemnych, niegodnych tego króla myśli, 
kalających idealną jego dostojność, tkwi w tej 
przeszłościi Otóż bądźmy przekonani, że człowiek 
pozostający pod władzą haszyszu będzie swobodnie 
stawiał czoło tym upiorom, niosącym wyrzuty, a na- 
wet potrafi stworzyć z tych ohydnych wspomnień 
nowe żródło zadowolenia i dumy. Bieg jego rozU- 
mowania będzie następujący. 
Gdy minie pierwsze bolesne wrażenie, zacznie 
on ciekawie analizować ów postępek czy uczucie. 
którego wspomnienie zakłóciło obecną gloryfikację 
samego siebie, motywy które go popchnęły do po- 
dobnego postępku, ówczesny zbieg okoliczności, i - 
jeśli nie znajdzie w nich dostatecznej podstawy, je- 
żeli nie do zupełnego rozgrzeszenia, to przynaj- 
mniej usprawiedliwienia swego grzechu - nie sądż- 
cie, że uzna się za pokonanego! Śledzę oto jego ro- 
zumowanie, niby poruszenia jakiego mechanizmu 
pod przezroczystą szybą. "ów czyn ośmieszający, 
podły, czy haniebny, którego wspomnienie wzbu- 
rzyło mię na chwilę, pozostaje w zupełnem przeci- 
wieństwie do mej prawdziwej natury - mojej na- 


91
		

/str102_0001.djvu

			tury obecnej - l lUZ sama zawziętość, z jaką ów 
czyn potępiam, inkwizytorska zaciekłość, z jaką go 
analizuję i sądzę, dowodzi mego wysokiego i boskie- 
go uzdolnienia do cnoty. Bo czy wielu można zna- 
leźć ludzi na świecie, którzyby byli zdolni tak bez- 
względnie sądzić siebie - tak surowych w potępia- 
niu samych siebie?" 
Tedy, rzekomo potępiając się, gloryfikuje sie- 
bie. W ten sposób okrutne wspomnienia rozpływa- 
ją się nieznacznie w rozpamiętywaniach abstrakcyj- 
nej cnoty, abstrakcyjnego miłosierdzia, abstrakcyj- 
nej genjalności, zaś on sam z naiwną szczerością po- 
grąża się w tryumfalnej swej orgji duchowej. - 
Widzieliśmy, jak, fałszując świętokradczo sakra- 
ment pokuty, - pokutnik i spowiednik w jednej 
osobie - dał on sobie łatwe rozgrzeszenie - albo, 
co jeszcze gorsze, jak w fakcie wydania na samego 
siebie wyroku potępienia czerpał nową karmię dla 
swej pychy. Teraz z widoku swych cnotliwych rojeń 
i zamierzeń wyprowadza wniosek o istotnej swej 
cnotliwości; miłosna energja, z jaką pieści to wid- 
mo cnoty, wydaje mu się dowodem dostatecznym, 
stanowczym, że posiada męzką energję wcielenia 
w czyn swego ideału. Bierze w pełni rojenie za 
czyn. 
Podczas gdy wyobrażnia jego rozgrzewa się 
coraz więcej widokiem czarownego mirażu własnej 
podniosłej. wyszlachetnionej natury, on sam, sta- 


92
		

/str103_0001.djvu

			wiając ten czarujący obraz na miejsce rzeczywisto- 
ści, tak ubogiej w wolę, a tak bogatej w próżność - 
kończy na tem, że dekretuje swą apoteozę w wy- 
rażeniach zdecydowalnych, stanowczych, w któ- 
rych tkwi bezmiar ohydnego zadowolenia: ,,Jestem 
najcnotliwszym z ludzi!" 
Czy nie przypomina to nam Jana J akóba Rous- 
seau, który również, odbywszy nie bez pewnej roz- 
koszy spowiedż przed światem, ośmielił się wznieść 
ten sam okrzyk tryumfalny (w każdym razie 
różnica jest bardzo niewielka) z tą samą szczero- 
ścią i-przekonaniem? Entuzjazm, z jakim podziwiał 
on cnotę. rozczulenie nerwowe. napełniające oczy 
łzami na widok pięknego uczynku, lub na myśl o 
wszystkich pięknych uczynkach, które gotów by był 
spełnić, wystarczały mu do wytworzenia najwyż- 
szego mniemania o swej wartości moralnej. - Rous- 
seau upajał się bez haszyszu. 
Czyż mam dalej prowadzić analizę tej tryum- 
fującej monomanji? Czy mam wyjaśniać, jak opano- 
wany przez truciznę mój człowiek czyni niebawem 
z siebie ośrodek świata? - jak staje się żywem 
i przesadnem uosobieniem przysłowia, które mówi, 
że namiętność odnosi wszystko do siebie? Przepeł- 
niony on jest wiarą w swą cnotę i genjalność - czyż 
trudno odgadnąć koniec? - Cały świat otaczający 
staje się dlań niewyczerpanem żródłem sugestji, 
wzniecających w nim nieskończoną ilość myśli, co- 


93
		

/str104_0001.djvu

			raz barwniejszych, żywszych, bardziej uroczych - 
i pociągniętych jakimś werniksem, czy polewą mi- 
styczną. 
"T e wspaniałe miasta - mówi on sobie - gdzie 
cudne budowle ustawiono jak dekol"acje; te piękne 
okręty, kołyszące się na wodach przystani w nostal- 
gicznej bezczynności i zdające się wyrażać myśl 
naszą: kiedy popłyniemy po szczęście? - te muzea 
przepełnione pięknymi kształtami i upajającemi 
barwami; te hibljoteki, gdzie zgromadzone prace 
Wiedzy i Muz marzenia; te zebrane razem instru- 
menty muzyczne, które mówią jednym głosem; te 
kobiety-czarodziejki, jeszcze piękniejsze dzięki 
umiejętności stroju i darowi spojrzenia - wszyst- 
ko to zostało stworzone dla mnie, dla mnie, dla 
mnie! Dla mnie ludzkość pracowała, była męczona, 
poświęcana na ofiary - aby służyć za karmię, za 
pabulum dla mego nienasyconego głodu wzruszeń, 
w}edzy i piękna l" _ 
Przeskakuję i skracam się. 
Nikt się nie zdziwi, Że oto w mózgu marzyciela 
wytryśnie myśl ostateczna, finalna: "Stałem się 
Bogieml" - że okrzyk dziki, płomienny wzniesie 
się z jego piersi z taką energją, z taką potęgą rzutu, 
że - gdyby wola i wiara człowieka pijanego miała 
moc skuteczną - ten okrzyk strąciłby z nóg anio- 
łów, rozsianych po drogach nieba: "Jestem Bo- 
giem'" - Ale niebawem ten uragan pychy przera- 


94
		

/str105_0001.djvu

			dza się w zaciszność szczęśliwości spokojnej, nie- 
mej, sennej - i zbiorowość istnień staje oto ubar- 
wiona i jakby oblana światłem zorzy siarczystej. 
I jeśliby nawet kiedy przypadkiem pewne niejasne 
przypomnienie ocknęło się w duszy tego godnego 
politowania szczęśliwca, pytając: "Czy też nie ma 
innego Boga?" - wierzcie, że przeciwstawi się tam- 
temu, że będzie się spierał z jego wolą - że będzie 
mu hardo stawił czoło. - Któryś z filozofów francu- 
skich, chcąc ośmieszyć współczesne doktryny nie- 
mieckie, powiedział: "Jestem bogiem, który nie do- 
jadł". 
Ta ironja nie stropiłaby umysłu porwanego ha- 
szyszem; odpowiedziałby ze spokojem: "Być może, 
że nie dojadłem, ale jestem Bogiem".
		

/str106_0001.djvu

			V. M O R A Ł. 


Ale nazajutrz! - okrutne nazajutrz!... 
W pierwszej chwili, gdyśmy zauważyli, że no- 
wy dzień nastał na widnokręgu naszego życia, od- 
czuwamy zadziwiającą błogość: zdaje się nam, że 
jesteśmy obdarzeni cudowną lekkością myśli. Ale 
zaledwie stanęliśmy na nogi, resztka starego upo- 
jenia wlecze się za nami j ciąży jak kula niedawne- 
go niewolnictwa. Osłabłe nogi niosą nas trwożliwie, 
j boimy się ciągle, że się stłuczemy, niby jakiś kru- 
chy przedmiot... Osłabienie wszystkich organów, 
zmęczenie, jakby obwisłość nerwów - łechtliwe 
zbieranie się na płacz, niezdolność wzięcia się do 
jakiejkolwiek ciągłej pracy, pouczają nas w spo- 
sób okrutny, żeśmy się oddawali grze zakazanej... 
To kara za grzeszną rozrzutność, z jaką mar- 
notrawiliśmy fluid nerwowy. - Rozsiewaliśmy na- 
szą osobowość na cztery wiatry świata, a teraz do- 
znajemy niezmiernych trudności zebrania jej i sku- 
pienia... 
Wstrętna natura, ogołocona ze swego wczoraj- 
szego blasku, przypomina melancholijne szczątkó 


96
		

/str107_0001.djvu

			uczty"). Nadewszystko zaś porażona jest wola - 
władza najcenniejsza. - Powiadają - i ma to po- 
zory prawdy - że haszysz nie pociąga za sobą żad- 
nej dolegliwości fizycznej - przynajmniej żadnej 
poważniejszej dolegliwości. - Jednak, czy można 
utrzymywać uczciwie, żeby człowiek niezdolny do 
czynu i skłonny jedynie do marzenia, miał być 
istotnie zdrów - gdyby nawet poszczególne jego 
członki były napozór w dobrym stanie. Znamy zaś 
w dostatecznej mierze naturę ludzką, aby wiedzieć, 
że człowiek, który przy pomocy niewielkiej łyżki 
konfitury może dostarczyć sobie na zawołanie 
wszystkich rozkoszy nieba i ziemi, nie zdobędzie się 
na zarobienie pracą mizernej zaledwie ich cząstki. 
Czy podobna wystawić sobie pa6stwo, którego 
wszyscy obywatele upijaliby się haszyszem? Jacyż 
by to byli obywatele? Jacy wojownicy? Jacy pra- 
wodawcy? Nawet na Wschodzie, gdzie użycie ha- 
szyszu jest tak rozpowszechnione, niektóre rządy 
zrozumiały konieczność jego zakazu. Istotnie, nie- 
wolno człowiekowi pod karą upadku i śmierci inte- 
lektualnej zmieniać zasadniczych warunków swego 
istnienia i burzyć równowagi swych władz w sto- 
sunku do środowiska. w którem przeznaczano mu 


-) Porównaj mały poemat prozą "Dwoisty pokój" (2-a 
część). oraz wiersz, umieszczony na wstępie niniejszego stu- 
djum. ,.Sztuczne Roje..... 


Wino i Haszysz-7 


97
		

/str108_0001.djvu

			się poruszać - słowem zmieniać swe przeznacze- 
nie, zastępując je fatalnością innego rodzaju. 
Przypomnijmy sobie ów zadziwiający symbol- 
Melmotha. Jego okrutne cierpienie ma swe żródło 
w niewspółmierności cudownych zdolności, naby- 
tych odrazu przez pakt z szatanem, i środowiska, 
w którem, jako stworzenie boskie, żyć musi. I nikt 
z tych, kogo usiłuje on uwieść, nie chce kupić od 
niego za tę samą cenę jego szczególnego daru. 
W istocie każdy, kto nie godzi się z warunkami ży- 
cia, sprzedaje swą duszę. 
Latwo ustalić stosunek, jaki zachodzi między 
satanicznenń kreacj arni poetów I i żywemi istotami, 
oddającemi się narkotykom. Człowiek zapragnął 
być Bogiem i niebawem, mocą nie dającego się 
ująć prawa moralnego, spada on niżej od swej istot- 
nej natury. Jest to dusza, która się wyprzedaje de- 
talicznie. 
Balzac uważał widocznie, że niema dla czło- 
wieka większego upokorzenia, ani większego cier- 
pienia, jak wyrzeczenie się własnej woli. Widzia- 
łem go raz na zebraniu, gdzie była mowa o cudow- 
nem działaniu haszyszu. Słuchał i dopytywał się 
z zabawnem zajęciem. Osoby znające go zrozumieją, 
że był żywo zaciekawiony. Ale idea myślenia nie- 
zależnie od siebie obrażała jego poczucie wewnętrz- 
ne.. Podano mu dawamesk, przyjrzał mu się, pową- 
chał i zwrócił, nie skosztowawszy. Walka między 


98
		

/str109_0001.djvu

			dziecinną niemal ciekawością i wstrętem do abdy- 
kacji ze swej osobowości malowała się na jego wy- 
razistej twarzy w sposób widoczny. Przemogło 
uczucie godności. W istocie trudno wystawić sobie 
tego teoretyka woli. tego duchowego bliźniaka 
Ludwika Lambert'a, decydującego się na przyjęcie 
dawki tej czarującej substancji. 
Mimo cudowne usługi oddawane przez eter 
i chloroform, sądzę, że z punktu widzenia filozofji 
spirytualistycznej zasługują również na moralne 
potępienie wszelkie współczesne wynalazki, zmie- 
rzające do ograniczenia świadomej woli ludzkiej 
i nieodzownego cierpienia. 
Nie bez podziwu wysłuchałem kiedyś parado- 
ksalnego odezwania się pewnego oficera, który mi 
opowiadał o straszliwej operacji, dokonanej na 
pewnym generale francuskim w EI-Agouat'cie, na 
skutek której zmarł on pomimo chloroformu. Ów ge- 
nerał był człowiekiem wielkiej odwagi, a nawet 
czemś więcej - jedną z tych dusz, z któremi samo 
przez się kojarzy się pojęcie rycerskości. "Nie chlo- 
roformu - mówił ów oficer - by mu trzeba, ale 
spojrzeń całej armji i muzyki pułkowej. Toby go 
może uratowało I" Chirurg nie zgadzał się ze zda- 
niem oficera - ale kapelan wojskowy byłby za- 
pewne podziwiał jego uczucia. 
Po tych wszystkich uwagach byłoby doprawdy 
zbytecznem nastawać jeszcze na niemoralności prak- 


99
		

/str110_0001.djvu

			tyk haszyszowych. - Jeżeli je porównam do sa- 
mobójstwa - do powolnego samobójstwa - do na- 
rzędzia zawsze krwawego i wyostrzonego - nie za- 
oponuje mi żaden rozważny umysł. Jeżeli je posta- 
wię na równi z czarami, z magją, które, działając 
na materję i przy pomocy arkanów, ani fałszywości, 
ani skuteczności, których nie można ocenić, chcą 
zdobyć władzę, zakazaną człowiekowi, albo nada- 
ną jedynie tym, którzy uznani zostali za jej god- 
nych - żaden umysł filozoficzny nie zaprzeczy, że 
to zestawienie jest uzasadnione. Jeśli Kościół po- 
tępia magię i czary, to dlatego, że podnoszą one ro- 
kosz przeciw zamierzeniom boskim, że pragr ą omi- 
nąć pracę czasu, Że chcą uczynić zbytecznymi naka- 
zy czystości i moralności i i że on, Kościół, uznaje 
za prawowite, prawdziwe - jedynie skarby zdobyte 
przez nieustanną dobrą wolę. Nazywamy oszustem 
gracza, który wynalazł- sposób gry "na pewne"; jak 
tedy nazwiemy człowieka, który za trochę pienię- 
dzy chce kupić szczęście i genjusz? Albowiem sa- 
ma niezawodność. przypisywana magji, piętnuje ją 
piekielnym stygmatem. Czy mam dodawać, że ha- 
szysz, jak wszystkie samotnicze rozkosze, czyni jed- 
nostkę bezpożyteczną dla ludzi, zaś społeczeństwo 
zbytecznem dla jednostki - że prowadzi ją w kie- 
runku bezustannego uwielbiania siebie, popychając 
ją dzień po dniu ku lśniącej toni, gdzie podziwia 
swe oblicze Narcyza? 


100
		

/str112_0001.djvu

			Gdybyż jeszcze kosztem godności, przystoj- 
ności i wolnej swej woli człowiek mógł wyciągnąć 
z haszyszu wielkie korzyści duchowe. Stawiano mi 
nieraz podobne pytanie, więc odpowiem na nie. - 
Najprzód, jak to już wyczerpująco starałem się wy- 
jaśnić, haszysz objawia jednostce jedynie ją samą. 
Co prawda w stanie tym indywiduum jest, że tak 
powiem, podniesione do trzeciej potęgi, krańcowo 
wzmożone; a że przytem, jak powszechnie wiado- 
mo, wspomnienia trwają dłużej niż orgja, więc na 
pierwszy rzut oka wydawaćby się mogło, Że na- 
dzieje tych poszukiwaczy użyteczno.ci nie są zu- 
pełnie pozbawione sensu. Jednak-najprzód, niech 
nie zapominają oni, Że owe myśli, które prągnęliby 
wykorzystać, w istocie swej nie są bynajmniej tILk 
piękne, jakiemi się wydają w swem chwilowem 
przebraniu - przystrojone szychem magicznym. 
Są one raczej ziem$kiej niż niebiańskiej natury 
i zawdzięczają przeważną część swej piękności pod- 
nieceniu nerwowemu--chciwości, z jaką umysł rzu- 
ca się na nie. Dalej, nadzieje te - to błędne koło
 
przypuśćmy nawet na chwilę, że haszysz rodzi, albo 
przynajmniej potęguje genjusz ludzki - jednak ci 
ludzie zapominają, że właściwością haszyszu jest 
unicestwianie woli, i że w ten sposób odbiera on 
z jednej strony to, co rzekomo daje z drugiej, t. j. 
podnieca wyobraźnię, odbierając możność wyzy. 
skania jej. Wreszcie, gdyby nawet przypuścić, że 


101
		

/str113_0001.djvu

			znajdzie się człowiek dość zręczny i silny, któryby 
potrafił wyłamać się z pod tej alternatywy, nie na- 
leży zapominać o innem niebezpieczeństwie, stra- 
sznem, fatalnem - niebezpieczeństwie wszystkich 
nałogów - mianowicie, że stają się one tyrańską 
koniecznością. T en kto uciekł się do pomocy truciz- . 
ny, żeby myśleć, wkrótce nie potrafi myśleć bez 
trucizny. Wystawmy sobie nędzny los człowieka, 
obezwładniona wyobrażnia którego nie potrafi być 
czynną bez pomocy haszyszu czy opjum! 
W pracach filozoficznych umysł ludzki, postę- 
pując wzorem biegu gwiazd, winien posuwać się po 
krzywej, któraby go przywiodła z powrotem do 
punldu wyjścia. Wyprowadzić wniosek-to zamknąć 
'koło. Na wstępie mówiłem o tym stanie cudownym, 
w jaki umysł ludzki popada niekiedy jakby przez 
łaskę szczególną; powiedziałem, że, dążąc bez 
ustanku do podniecenia swych nadziei i do wznie- 
sienia się ku nieskończoności, człowiek okazywał 
we wszystkich czasach niepohamowany pociąg do 
wszelkich substancyj, nawet niebezpiecznych, kt6- 
re, podniecając górnie osobowość, wywołują chwilo- 
wo przed jego oczami ów raj przygodny - przed- 
miot wszystkich j ego pożądań; wreszcie, że ten 
zuchwały umysł, pędzący bez zdania sobie z tego 
sprawy ku otchłani piekła, przez to samo składa 
dowód swej przyrodzonej wielkości. 
Jednak człowiek nie jest tak opuszczony, tak 


102
		

/str114_0001.djvu

			dalece pozbawiony godziwych środków pozyskania 
nieba, aby miał być zmuszony przywoływać do po- 
mocy aptekę i czary; nie ma on potrzeby sprzeda- 
wać swej duszy, aby opłacać upajające pieszczoty 
i łaski hurysek. Cóż to za raj, który się kupuje ko- 
sztem zbawienia wiecznego? Wystawiam sobie czło- 
wieka - powiedzmy bramina, poetę, albo filozofa 
chrześcijańskiego-wyniesionego na stromy Olimp 
uduchowienia; obok niego Muzy Rafaela, czy Man- 
tenji, by go wynagrodzić za długie posty i żarliwe 
modły, układają naj szlachetniejsze tańce, patrzą 
nań wzrokiem pełnym słodyczy, darzą najrozko- 
szniejszymi uśmiechami; boski Apollo, ten mistrz 
wszelakiej wiedzy - Apollo FrancaviIli, Alberta 
Diirera, GoItziusa - mniejsza o to, czyj - bo 
czyż nie posiada swego Apollina każdy, kto nań za- 
sługuje? - otóż Apollo pieści swym smyczkiem 
naj czulsze struny. W dole, u podnóża góry, śród 
cierni i błota, stado śmiertelników - banda i10tów 
sili się na grymasy rozkoszy, wydając wycia, któ- 
re dobywa z ich piersi ostre działanie trucizny. 
I poeta, zdjęty żałością, mówi sobie: "Ci nieszczę- 
śliwcy, którzy ani pościli, ani modlili się - i wy- 
rzekli się drogi odkupienia przez trud, żądają od 
czarnej magji środków niezwłocznego podniesienia 
się na wyżyny nadprzyrodzonego istnienia. Magja 
oszukuje ich, zapalając przed nimi błędne ognie 
zwodniczego szczęścia, podczas gdy my, poeci i fi- 


103
		

/str115_0001.djvu

			lozofowie, odradzaliśmy nas?e dusze przez powolną 
pracę i kontemplację; przez pilne ćwiczenie woli 
i stałą szlachetność dążeń stwarzaliśmy na nasz 
użytek ogród prawdziwej piękności. - Ufając sło- 
wu, które mówi, Że wiara przenosi góry, spełnili- 
śmy jedyny cUlL na który Bóg dał nam swe przy- 
zwolenie!"
		

/str118_0001.djvu

			ODPOWIEDNIKI. 


Natura- jest świątynią, gdzie filary żywe 
Ślą niekiedy w głąb mroczną zagadkowe głosy - 
Człowiek w lesie symbolów czyta tajne głosy 
Jej praw, czując na sobie spojrzenia życzliwe. 


Jak w dali się zlewają echa w akord miękki, 
Tak w tajemniczych głębiach jedni uzgodnionej - 
Nieuchwytnej jak światło, jak noc niezgłębionej - 
Odpowiadają sobie wonie, barwy, dżwięki. 


Są zapachy tak świeże, jak dziecięce ciało - 
Melodyjne jak fletnia - jak łąka zielone; _ 
- Inne - zepsute, mocne, zwycięskie. szalone. 


Co w nieskończoność płyną, upojone chwałą - 
Więc ambra, nard, benzoes, piżmo i żywica; 
Tych woń w wyż nosi ducha i zmysły zachwyca.
		

/str119_0001.djvu

			WYZNANIE WIARY ARTYSTY. 


Jakże przejmujące są dni jesienne ku ich 
schyłkowi - przejmujące aż do bólu. Istnieją bo- 
wiem t'ozkoszne wrażenia, które, chociaż nieolcre- 
ślone, do niezmiernego dochodzą natężenia - i nic 
nie posiada ostrza bardziej wnildiwego jak nieskoń- 
czoność. 
Wielka to rozkosz zanurzyć wzrok w niezmier- 
ność nieba i Dl0rza I Samotność, cisza, niepokalana 
dziewiczość lazuru - drżący na widnokręgu żagie- 
lek, który swoją małością i odosobnieniem naśladuje 
bezradną moją egzystencję - monotonna melodja 
fali - wszystko to myśli przeze mnie, lub ja myślę 
przez nie (bowiem w ogromie marzenia nasze ja za- 
traca się szybko); wszystko to, jak powiedziałem, 
myśli - lecz muzykalnie, malowniczo - bez szkol- 
nych subtelności, bez sylogizmów, dedukcji. 
Jednak te myśli - czy są ze mnie, czy też do- 
bywa i ą się z otaczających przedmiotów - prze- 
chodzą niebawem w zbytnie naprężenie. Natężenie 
rozkoszy sprowadza niemoc, która staje się istot- 
nem cierpieniem. Nerwy moje, zbyt napięte, wkoń- 
cu wydają jedynie wibracje krzykliwe i bolesne. 


106
		

/str120_0001.djvu

			Teraz głębokość nieba onieśmiela - jego ja- 
sność doprowadza do rozpaczy. Nieczułość morza, 
niezmienność widowiska rodzą bunt... Ach, czyż 
trzeba wiecznie cierpieć, lub wiecznie uciekać od 
piękna? - Naturo, czarodziejko bezlitosna, współ- 
zawodniczko wiecznie zwycięska - daj pokój I 
Przestań wystawiać na próbę moje pragnienia i du- 
mę! Zaciekanie się w pięknie jest walką, w której 
artysta krzyczy w przerażeniu, zanim został poko- 
nany.
		

/str121_0001.djvu

			SEN PARYSKI. 


(Poświęcone Konstantynowi Guysowi). 


1. 


Osobliwy pejzaż dziś śniłem, 
Jakiego ni widział nikt żywy - 
I z jego wspomnieniem zawiłem 
Uroki się plączą i dziwy. 


Sen to cudotwórca - fantasta! - 
Kaprys mu szczegóły nakazał, 
:le z mojego widma, czy miasta 
Wszelaką roślinność wymazał. 


Zwolennik oka hegemonji, 
Dla niego wyprawił on gody 
Upajającej monotonji - 
Z metalu, marmuru i wody. 


Pilastry - kolumny - arkady - 
Tworzyły aleje jedyne; 
Z basenów wód lśniące kaskady 
Ciekły w złota starą patynę; 


108
		

/str122_0001.djvu

			Poprzez katarakt ciężkie wody - 
Fałdziste z kryształu zasłony - 
Skrzyły się przez te żywe lody 
Djamentowe srebrnych ścian szrony. 


Drzemiące stawy ocieniały 
Nie wierzby, ale kolumnady - 
W żwierciadle wód się przeglądały, 
Kołem obsiadłszy je, najady. 


Płyty różowe i zielone, 
Tworzące sinych wód wybrzeże, 
Na mil tysiące rozciągnione - 
Płynęły w świata gdzieś rubieże; 


Kamienie żywe i iskrzące, 
Wód tafle - magiczne, wyśnione - 
Zwierciadła, stropów sięgające, 
Tem, co odbijały - olśnione. 


Majestatyczny i milczący 
Ganges na skraju firmamentu 
Wylewał z urn swój skarb ciekący - 
W otchłań przez stromy stok z djamentu. 


Pan środków, żywiołów, przestrzeni, 
Nie wiążąc niczem swej swobody - 
Pod tunelem z drogich kamieni 
Puściłem oceanU wody; 


109
		

/str123_0001.djvu

			I wszystko - nawet czarne bryły 
Były błyszczące i tęczowe - 
I wody jasne się toczyły, 
Ujęte w brzegi kryształowe. 


Zresztą ani gwiazdy, ni słońca, 
Ni zorzy, co-by nieba brzaskiem 
Oblała te cuda bez końca: 
Świeciło wszystko własnym blaskieml 


I dziw nad dziwy (nakaz stylu: 
Wszystko dla oka - nic dla uchal) - 
Nad zbiorowiskiem cudów tylu 
Wiecznie się słała cisza głucha. 


2. 


Gdym ciężkie rozwarł swe powieki, 
Poznałem nędzę własnej nory - 
A w głębi duszy mej kalekiej 
Przeklętych cierp;eń stare zmory. 


Zegara grobowe dzwonienie 
Brutalnie znaczyło południe - 
A niebo ciężkie lało cienie 
W ludzkiego bytu mroczną studnię.
		

/str124_0001.djvu

			ZAPROSZENIE DO PODR6:1:Y 


Istnieje kraj cudny - mówią - kraj mlekiem 
i miodem płynący - i marzeniem mojem jest zwie- 
dzić go pospołu z zażyłą przyjaciółką. Kraj osobli- 
wy, zatopiony we mgłach naszej Północy; nazwać- 
by go można Wschodem Zachodu-Chinami Euro- 
py - do tego stopnia puściła sobie wodze gorąca 
fantazja-z taką zabiegliwością i staraniem ustroi- 
ła go ona w swą uczoną, misterną roślinność. 
Prawdziwy kraj mlekiem i miodem płynący- 
gdzie wszystko piękne, bogate, spokojne, zacne; 
gdzie przepych z upodobaniem przegląda się w po- 
rządku; gdzie się oddycha życiem pełnem i słod- 
kiem; skąd wygnane nieład, niesforność i swawola; 
gdzie szczęście ożenione z ciszą; gdzie nawet kuch- 
nia jest zarazem poetyczna, obfita i podniecająca- 
gdzie wszystko podobne tobie, drogi aniele. 
Znasz ową chorobliwą gorączkę, która ogar- 
nia nas śród chłodnej nędzy - tę nostalgję za kra- 
jem nieznanym - ową mękę ciekawości? 
Istnieje kraj podobny tobie, gdzie wszystko 
piękne, bogate, spokojne i zacne - gdzie fantazja 
stworzyła i ustroiła zachodnie Chiny - gdzie od- 


111
		

/str125_0001.djvu

			dycha się słodkiem życiem, gdzie szczęście ożenio- 
ne z cichością. Tam trzeba iść żyć - tam trzeba 
iść umierać. 


T ak, tam trzeba iść oddychać, marzyć - i nie- 
skończonością wrażeń przedłużać godziny. - Pe- 
wien muzyk napisał: Zaproszenie do walca; kto 
skomponuje Zaproszenie do podróży, które-by moż- 
na złożyć w ofierze kobiecie ukochanej - siostrze 
wybranej? 
Tak, w tej atmosferze byłoby dobrze żyć - 
tam gdzie godziny wolniejsze obejmują więcej my- 
śli - gdzie zegary wydzwaniają szczęście z głęb- 
szą, bardziej znamienną solennością. 
W otoczy obramień ścian lśniących, lub na 
ciemnym przepychu skór kurdybańskich żyją dy- 
skretnie błogosławione malowidła-spokojne i głę- 
bokie, jak dusze artystów, którzy je tworzyli. Słoó- 
ca, barwiące o zachodzie swem złotem jadalnię czy 
salę, przesączają się przez przednie tkaniny, lub 
przez wyniosłe, zdobne okna, poznaczone ołowiem 
w liczne podziały. Meble są obszerne, ciekawe, 
dziwaczne, zbrojne w zamki i skrytki - niby du- 
sze misterne. Zwierciadła, bronzy, tkaniny, wyro- 
by złotnicze i fajanse grają tam oczom niemą, ta- 
jemną symfonją; zaś od wszystkich sprzętów, ze 
wszystkich kątów, ze szpar wszystkich szuflad, 
z fałdów tkanin idzie aromat szczególny - jakieś 


112
		

/str126_0001.djvu

			wróć do mnie Sumatry - aromat, który jest jak- 
by duszą pomieszkania. 
Mówię ci, kraj mlekiem i miodem płynący, 
gdzie wszystko bogate, czyste i połyskliwe - jak 
piękne sumienie, jak lśniąca baterja naczyń ku- 
chennych, jak świetna izba złotnicza, jak migotli- 
wa wystawa klejnotów I Skarby świata napływają 
tam jak do domu pracowitego człowieka, który do- 
brze się zasłużył światu całemu. Kraj osobliwy, 
wyższy nad inne - tak jak Sztuka przewyższa 
Naturę, bo uszlachetniona marzeniem - popra- 
wiona, upiększona, przetopiona. 
Niech szukają - niechaj szukają - niech od- 
suwają bez końca granice swego szczęścia niespo- 
kojne duchy - jakowiś alchemicy ogrodnictwa! 
Niech wyznaczają nagrody po sześćdziesiąt i po 
sto tysięcy florenów tym, którzy urzeczywistnią 
ich niepohamowane żądania I - Ja znalazłem me- 
go czarnego tulipana, moją dalię niebieskq! 
Kwiecie niezrównany, odnaleziony tulipanie, 
daljo alegoryczna, to tam - nieprawdaż - do te- 
go cudnego kraju - cichego i rozmarzonego-na- 
leżałoby iść - żyć w nim i kwitnąć? Tam miała- 
byś obramienie ze swej analogji, tam mogłabyś się 
przeglądać - że użyję mowy mistycznej - we 
własnym odpowiedniku. 
Marzeńl - i jeszcze marzeńl Im dusza ambit- 
niejsza i wykwintniejsza, tem dalej odsuwają ją 


Wino i Haszysz-8 


113
		

/str127_0001.djvu

			marzenia od możliwości. Każdy człowiek nosi w so- 
bie swoją dozę przyrodzonego opjum, bez ustanku 
wydzielanego i odnawianego; bo w istocie - od na- 
rodzin do zgonu - ile liczymy godzin zapełnio- 
nych radością pozytywną - wynikającą z działa- 
nia zdecydowanego - spełnionego? - Czy zamie- 
szkamy kiedy - czy przeniesiemy się do tego zro- 
dzonego przez mą duszę obrazu - obrazu stwo- 
rzonego na podobieństwo twoje? 
Te skarby, te meble, ten przepych, ten ład, te 
zapachy, te kwiaty cudowne - to ty. Tobą są rów- 
nież - te wielkie rzeki i te ciche kanały. - Nie- 
sione przez nie ładowne, od bogactw ciężkie statki, 
skąd dolatują monotonne śpiewy holowników-to 
myśli moje, które drzemią lub kołyszą się na twem 
łonie. Kierujesz je wolno, łagodnie ku morzu, któ- 
re jest Nieskończonością, odbijając głąb nieba 
w jasności twej pięknej duszy; - a kiedy, zmęczo- 
ne falą i obładowane cudami Wschodu, wracają do 
rodzinnego portu - toć to znów zbogacone myśli 
moje, powracające od nieskończoności ku tobie.
		

/str128_0001.djvu

			DWOISTY POKóJ. 


Pokój podobny marzeniu - pokój istotnie 
uduchowiony, gdzie nicruchome powietrze zlekka 
napojone barwą różową i niebieską. 
Tu dusza nurza się w lenistwa kąpieli, do któ- 
rej dolano zapachu żalu i pożądania.-Jest wtem 
coś ze zmroku, i z niebieskości. i z różowości - sen 
rozkoszy w czas zaćmienia. 
Meble mają formy wydłużone, ścielące się 
i omdlałe. Meble zdają się marzyć: możnaby są- 
dzić, że obdarzone są życiem lunatycznem, półsen- 
nem-jak świat roślinny i mineralny. Tkaniny mó- 
wią niemym językiem - jak kwiaty, jak niebiosa. 
jak zachodzące słońce. 
Na ścianach żadnej ohydyartystycznej.- 
W stosunku do czystego marzenia -...do nieanali- 
zowanego wrażenia - sztuka zdecydowana, sztu- 
ka konkretna jest bluźnierstwem. Tutaj wszystko 
posiada cudowny umiar wyrazistości - poi 
łod- 
kiem ukojeniem harmonji. 
Ledwie wyczuwalna woń naj wyszukańszego 
wyboru z przymieszką lekkiej wilgoci unosi się 


115
		

/str129_0001.djvu

			w tej atmosferze, w której myśl drzemiącą koły- 
szą wrażenia cieplarniane. 
Muślin spływa obficie od okien i łoża - opa- 
da w śnieżnych k
adach. Na łożu tem spoczywa 
Bóstwo - królowa marzeń. Ale jak się tu znala- 
zła? Kto ją tu przywiódł? Jaka moc czarodziejska 
wprowadziła ją na ten tron marzeń i rozkoszy? 
Mniejsza o to! Jest - poznaję ją! Tak, to jej oczy, 
których płomień przenika mroki - te subtelne 
i okrutne gwiazdy prześwietlające; poznaję je po 
strasznej psotności. Przyciągają, biorą w jasyr - 
pożerają wzrok niebacznego, który w nie spojrzy. 
Badałem je często - te gwiazdy czarne, które na- 
rzucają duszy zaciekawienie i podziw. 
Jakiemu przyjaznemu duchowi zawdzięczam, 
żem oto otoczon tajemnicą, milczeniem, spokojem 
i wonią? 0, błogości niewzruszonal To co zwykle 
nazywamy życiem, nawet w jego naj szczęśliwszych 
wylaniach jakże jest pospolite w porównaniu 
z tem czystem życiem, którego zaznaję w tej chwili 
i które smakuję minuta za minutą, sekunda za se- 
kundą! . 
Nie, nie ma już minut, nie ma sekundl Czas 
zniknął; to Wieczność panuje-wieczność rozkoszy!... 


Nagle uderzenie - przerażliwe, ciężkie-roz- 
legło się u drzwi, i jak w snach piekielnych - zdało 
mi się, żem otrzymał cios motyką w żołądek. 


116
		

/str130_0001.djvu

			Zaczem weszła Zmora. - To komornik, który 
schodzi torturować mię w imieniu prawa; ohydna 
nałożnica, która przychodzi lamentować i złorze- 
czyć, dorzucając pospolitość swego istnienia do 
cierpień mojego - lub redakcyjny chłopiec do po- 
syłek, dopominający się o dalszy ciąg rękopisu. 
Rajski pokój, bóstwo, królowa marzeń - Syl- 
fida. jak mówił wielki Ren" - cały ten świat cza- 
rowny zniknął wraz z brutalnem uderzeniem 
Zmory. 
Co za ohyda I Przypominam sobie - przypo- 
minamI Tak, ta nora, miejsce pobytu wiecznej nu- 
dy - należy do mnie. Oto idjotyczne meble - za- 
pylone, pootrącane; kominek bez płomienia i ża- 
ru - zapluty; smutne szyby, na których deszcz 
poznaczył ślady w kurzu; rękopisy pokreślone, lub 
niepodokańczane; kalendarzyk, w którym ołówek 
poczynił złowróżbne znaki! 
I owa woń z innego świata, którą upajałem się 
z udoskonaloną wrażliwością, została wyparta 
przez zadomowiony, skwaśniały zaduch, powstały 
ze związku dymu tytuniowego z jakąś wywołującą 
nudności stęchlizną. Oddycha się tu teraz zjełcza- 
łem opuszczeniem. 
W całym tym ciasnym, a tak obmierzłym 
światku jeden jedyny zażyły przedmiot pociąga ku 
sobie - to flaszka laudanum; stara, straszna przy- 


117
		

/str131_0001.djvu

			jaciółka - niestety, jak wszystkie przyjaciółki, 
szczodra na pieszczoty i zdrady. 
Taki Czas powrócił. - Czas panuje teraz sa- 
mowładnie, a wraz z odrażającym tym starcem 
wrócił caly piekielny jego orszak - Wspomnień, 
:lalów, Spazmów, Trwóg, Udręczeń, Zmor, Gnie- 
wów i Newroz. 
Teraz sekundy znaczą się dobitnie, solennie, 
i każda z nich, wyskakując z zegara, mówi: "Je- 
stem :lycie - ohydne, nieubłagane :lyciel" 
W życiu ludzkiem jest jedna tylko Sekunda, 
której danem jest obwieścić dobrą nowinę - do- 
brą nowinę, budzącą jednak w każdym niewytłu- 
maczony lęk. 
Tak - Czas króluje; objął on z powrotem swą 
brutalną władzę. Pobudza mię jak wołu podwój- 
nym swym ościeniem: - He-ej! Rusz się, bydlę! 
Ociekaj potem, niewolniku! :lyj, potępieńczeJ"
		

/str132_0001.djvu

			KLEJNOTY. 


Nagą była naj droższa. - Mej żądzy powolna, 
Zachowała klejnotów jeno błyskawice, 
Wiedząc, jak barw muzyka upoić mię zdolna, 
Przypominając dumne Maurów niewolnice. 


Gdy w tańcu pobrzęk ciśnie - szyderczy, stalowy- 
Ten tłum, połyskujący od blach i kamieni - 
Coś mię porywa I Nurt krwi w serce bije nowy, 
Kiedy dżwięk ze światłością się brata i mieni. 


Iskrząc się więc leżała, rozświetlając łoże, 
I ze stosu poduszek uśmiechem wabiła 
Miłość moją głęboką, pieściwą jak morze - 
Co je wybrzeża ciągnie tajemnicza siła. 


Wzrok jak w poskromionego utkwiwszy tygrysa, 
Rozmarzona, leniwe odmieniła pozy - 
A pełność róży t zlana z świeżością irysa, 
Nowym czarem zdobiły te metamorfozy; 


Jej ramiona, jej nogi - biodra w upojeniu 
Własnej chwały - i fala łabędziego łona - 
Płynęły przed oczami, jak w jasnowidzeniu; 
I jej żywot, i piersi - mej winnicy grona - 


119
		

/str133_0001.djvu

			Szły ku mnie, pieszczotliwsze od Aniołów Złego, 
Aby zamącić spokój w starganem sumieniu -- 
I duszę mą ze szczytu zwlec kryształowego, 
Gdzie, spragniona pokoju, legła w ukojeniu. 


Zdawało się chwilami, _że kaprys zuchwały 
Biodra Antjopy z torsem powiązał efeba - 
Tak się bujne jej lędżwie w kibić przelewały. - 
Na smagłem ciele szkarłat lśnił zachodu nieba I 


- :le lampa cicho zgasła w wyczerpaniu sennem, 
Tylko kominek izbę oświetlał ognistą; 
Ile razy westchnieniem wybuchał płomiennem, 
Krwią nasycał tę skórę, j ak ambra złocistą.
		

/str134_0001.djvu

			DOBRODZIEJSTWA KSIĘ:lYCA. 


Księżyc, który jest uosobieniem kaprysu, zaj- 
rzał przez okno, gdyś spała w swej kołysce, i po- 
wiedział do siebie: "Podoba mi się to dziewczątko". 
I zstąpił lekko po stopniach z chmur, i przesą- 
czył się bez SZmeru przez szyby. Rozesłał się na 
tobie czułem otuleniem matki i złożył na twej twa- 
rzy swe barwy. I oto żrenice twe stały się zielone, 
a policzki bardziej blade. Przypatrując się twemu 
gościowi, otworzyłaś szeroko oczy - że już tak 
pozostały - dziwnie wielkie: zaś gość tak silnie 
objął cię za szyjkę - że na zawsze została ci 
skłonność do łez. 
Jednakże w wylaniu radosnem Księżyc napeł- 
nił cały pokój niby poświatą fosforyczną - niby 
świetlną trucizną; i cała ta żywa światłość myślała 
i mówiła: "Poniesiesz na zawsze skutki mego po- 
całunku. Będziesz miłowała. co ja miłuję i co mnie 
miłuje: wody. chmurYI milczenie i noCi morze nie- 
zmierne i zielone; wodę bezkształtną o tysiącu 
kształtach; miejsce, gdzie cię nie będzie; kochanka, 
którego nie będziesz znała; kwiaty potworne; wo- 
nie, od których się mówi od rzeczy; koty omdlewa- 


121
		

/str135_0001.djvu

			jące na fortepianach i jęczące - ni to kobiety - 
głosem przenikliwym i słodkim. 
I będą cię miłowali moi kochankowie, i służyć 
ci będą moi dworacy. Będziesz królową męŻÓw 
o zielonych oczach, których objęłam za szyję 
w mych pieszczotach nocnych - tych, co miłują 
morze - morze niezmierne, burzliwe i zielone; wo- 
dę bezkształtną o tysiącu kształtach; miejsce. gdzie 
ich niema; kobietę, której nie znają; kwiaty zło- 
wrogie, podobne do kadzielnic nieznanej religji; 
zapachy mącące wolę; zwierzęta dzikie, rozkosznie 
zmysłowe - symbole swego szaleństwa." 
I oto dlatego, przeklęte, drogie, psute dziecię, 
leżę teraz u twych stóp, szukając w całej twej isto- 
cie odbicia straszliwego Bóstwa - wyrocznej mat- 
ki chrzestnej - mamki-trucicielki wszystkich lu- 
natyków.
		

/str136_0001.djvu

			DO MEJ MADONNY. 


ex voto w stylu hiszpańskim. 


Wzniosę dla cię. kochanko - Madonno ty moja - 
Ołtarz tajny, gdzie będzie mej wiary ostoja. 
Zdala od pokus świata, tobie ku ozdobie, 
Gdzieś w naj skrytszym mym serca zakątku wyżłobię 
Niszę, zrobioną całą z lazuru i złota: 
Tam staniesz, ma Statuo cudna! - Kołem vota. 
Z Wersetów jak szkło jasnych, na srebro nizanych, 
Z rymów jak gwiazdy lśniących, w krysztale rzezanych- 
Promienną twoją głowę ozdobię Koroną; 
Z wyłączności serdecznej, śmiertelna Madono, 
Wykuję ci płaszcz sztywny, ostrym rylcem ry!y- 
Ciężki podejrzeniami, Zazdrością podszyty, 
Co jak pancerz twą krasę zamknie; - nie Perłami 
Urjańskiemi Płaszcz szyty, ale memi łzami! 
Suknią będzie mej :lądzy płomienna kaskada, 
Co się jak fala wznosi, otula i spada, 
Drży na szczytach, w dolinach do snu kładzie głowę- 
Całunkami okrywa twe ciało różowe; 
Ze Czci mojej uczynię ci piękne Ciżemki - 
Ze Czci tkliwej, powolnej, co w swój atłas mięki 


123
		

/str137_0001.djvu

			Jak wosk płynny twe stopy otuli misternie 
I formę ich utrwali miłośnie i wiernie. o 
A że, choć mozół szczery i chęć ma gorąca, 
Nie zdołam za podnóże podesłać Miesiąca _ 
Dam ci pod nogi Węża, co me trzewia targa, 
Wzdętego złości jadem; i szepnie ma warga: 
,,0 Królowo zwycięzka, odkupieniem płodna, 
Niech łeb potwora zetrze twa stopa dorodna'" 
Na ołtarzu Królowej, czczonej przez Dziewice, 
Staną wszystkie me Myśli rzędem jak Gromnice, 
Rozmarzone odbiciem swych własnych promieni _ 
Wpatrzone w twe oblicze oczami z płomieni; 
A że rwę się ku tobie sercem i tęsknicą, 
Myśl stanie się Kadzidłem, Myrrą i :lywicą: 
Ku tobie. szczycie śnieżny, białości łabędziej, 
Chmurny mój Duch służebnie jak Mgła piąć się będzie. 


A wreszcie, by cię w pełni upodobnić Marji, 
Do miłości namiętnej domieszam barbarji _ 
Owej żądzy okrutnej! Pełniąc nakaz boży, 
Z siedmiu uczynię Grzechów głównych siedem Noży- 
Noży, ostrych jak żądła: kat czy żongler krwawy, 
Za cel naj głębsze z uczuć twych biorąc dla wprawy, 
Wrażę je wszystkie w "Serce - w twe Serce drgające, 
W twoje Serce łkające, krwią ociekające!
		

/str138_0001.djvu

			POTOK KRWI. 


Niekiedy ze mnie - zda się - płyną krwi fontany; 
Fala jej łka rytmicznie, opuszczając łono. - 
Czuję dobrze, jak płynie strugą gęstą, słoną, 
Lecz próżno ciało badam - próżno szukam rany... 


Płynie przez miasto, brukiem, pod domostw osłoną- 
Gdzie-niegdzie wyspę stworzy głaz wkoło oblany; 
Tłoczy się do tej uczty krwawej tłum pijany, 
Wszystko po drodze znacząc posoką czerwoną. 


Nieraz wzywałem próżno mamiącą moc wina, 
Aby uśpiło grozę, która mi mózg ścina. - 
Wino oko jaśniejszem, a słuch czulszym czyni I 


Wreszciem myślał, że miłość będzie zmiłowaniem,- 
Ale miłość się stała igielnem posłaniem, 
Co znów toczy poidło - dla dziewki zdrajczyni!
		

/str139_0001.djvu

			SIEDMIU STARCóW. 


(poświęcone Wiktorowi Hugo). 


Nieraz śród ciżby, zgiełku ludzkiego mrowiska 
W dzień biały, nito we śnie, stanie bies, czy złuda. 
Bo ciągle przepływają tajemne zjawiska 
W powikłanych kanałach miasta-wielkoluda. 


Kiedyś rankiem, gdy w smutnej ulicy kalekiej 
Zapłakane domostwa, przez mgły wywyższone, 
Zdały się tworzyć brzegi wzbierającej rzeki, 
Zaś jak tło, do mej duszy mrocznej dostrojone, 


Wilgoć się brudna, żółta lepiła natrętnie - 
Szedłem przedmieściem, drżącem od wozów ciężarnych, 
Z trudem trzymając wolę na swych nerwów tętnie, 
Borykając się z duszą, mętną od mar czarnych. 


Nagle ujrzałem starca!-W nędzny strzęp odziany, 
Równie brudny jak owa dżdżysta aura cała... 
Jałmużny-by sypnęły pewnie w te łachmany, 
Gdyby nie złość niezmierna, co mu z ócz patrzała; 


126
		

/str140_0001.djvu

			Ze żrenic jego, zda się, żółć ciekła zawistna; 
Spojrzenie w lot ścinało wilgoć w szron śniegowy- 
A broda twarda, ostra - ruda wiecha istna - 
Nadawała mu wyraz w pełni judaszowy. 


Był więcej niż zgarbiony, bo złamany w kroku; 
Grzbiet i tułów schylone po Iinji trotuaru, 
Zaś kij, którym się wspierał. dopełniał widoku 
Czegoś, co nie ma miana - bezsensu z koszmaru: 


Czworonóg chromy, albo żyd z trzema łapami. - 
Ciężko, ze złością spuszczał w śnieg i błoto nogi, 
Jak gdyby trupy miażdżył swemi buciskami - 
Chociaż obcy, jednakże jak wilk światu wrogi. 


A za nim stąpał drugi: grzbiet, kij, wzrok jednaki, 
Ten sam łachman i broda; z jednego szły piekła 
Owe zjawy potworne, stuletnie bliżniaki: 
Szli krok w krok-do jednego celu chuć ich wlekła. 


Co za ohydny spisek wkoło mnie uknuto - 
Czy złośliwy przypadek drwił ze mnie? Bo oto 
Siedmiu ich takusieńkich gdzieś z piekła wypluto: 
Mnożyli się, jakgdyby ich rodziło błoto. 
Komu się ta przygoda wyda błahą może, 
Zbieg 
darzeń - przypadkowy, a strach - niedorzeczny, 
Niech zważy, że to całe zgrzybiałości morze - 
:le tych siedmiu potworów miało stygmat wieczny I 


127
		

/str142_0001.djvu

			Czułem: gdyby pokazał się był jeden jeszcze 
Podobny kmotr plugawy, pokumany z piekłem, 
Wstrętny F eniks---<;am sobie syn i ojciec-kleszcze 
Śmierci by mię zdławiłyl Więc jak tchórz uciekłem- 


Obłędnie, niby pijak, któremu się dwoi; 
Drzwi podparłem, jak skąpiec, co ukrywa złoto, 
Drżąc jak w febrze, piekielnych pełen niepokoi- 
Tajemniczością zjawy tknięty i głupotą! 


I napróżno rozsądek chciał pochwycić wodze: 
Burza huczała w głowie. w powale i łożu; 
Dusza, j ak stara barka wirowała srodze 
Bez masztów, steru-po złem i bezbrzeżnem morzu. 


..
		

/str144_0001.djvu

			MARNY SZKLARZ. 


Są natury czysto kontemplacyjne, zupełnie 
niezdolne do czynu, które jednak pod wpływem 
pobudki tajemniczej i nieznanej działają niekiedy 
z żywością, do jakiej one same uważałyby się za 
niezdolne. 
Naprzykład ktoś, kto, obawiając się, że zasta- 
nie u odżwiernego przykrą wiadomość, godzinami 
krąży tchórzliwie koło bramy swego domu, nie ma- 
jąc odwagi wejść do środka; inny, który przez dwa 
tygodnie nie decyduje się na odpieczętowanie listu; 
jeszcze inny, który dopiero po sześciu miesiącach 
zdobywa się na krok, który był nieodzowny już 
przed rokiem: wszyscy oni czują się niekiedy po- 
pchnięci nagle do czynu przez jakąś niepokonaną 
siłę - niby strzała cięciwą łuku. Moraliści i medy- 
cy, którzy mają pretensję, że wszystko wiedzą, nie 
są w stanie objaśnić, skąd w tych duszach leniwych 
i oddanych marzycielstwu bierze się nagle ta sza- 
lona energja, i w jaki sposób, niezdolni do spełnie- 
nia rzeczy najprostszych i najkonieczniejszych, 
w pewnych chwilach znajdują w sobie nadmiar zu- 


129
		

/str145_0001.djvu

			chwalstwa dokonywania czynów najniedorzecz- 
niejszych - a nawet często wręcz niebezpiecznych. 
Pewien mój znajomy - najniewinniejszy ma- 
rzyciel, jaki kiedykolwiek istniał pod słońcem - 
podpalił kiedyś las, aby, jak mówił, przekonać się, 
czy ogień istotnie rozszerza się z taką szybkością, 
jak to twierdzą. Dziesięć razy próba zawiodła, ale 
za jedenastym razem udała się, niestety, aż nadto. 
Inny zapali cygaro obok beczki z prochem, że- 
by zobaczyć, żeby przekonać Sili, żeby wypróbować 
przeznaczenie, aby zmusić się do wykazania ener- 
gji - przez zamiłowanie do hazardu, aby doświad- 
czyć przyjemności bojaźni - wreszcie dla nicze- 
go - przez kaprys, z bezczynności. 
Jest to rodzaj energji, która ma swe żródło 
w nudzie i marzycielstwie, i ci, u których przeja- 
wia się ona tak wyrażnie, są naogół, jak to już po. 
wiedziałem, istotami najbardziej bezwładnemi i ma- 
rzycielskiemi pod słońcem. 
Inny znów, do tego stopnia nieśmiały, że spusz- 
cza oczy nawet przed spojrzeniem mężczyzn - że 
musi skupić całą swą biedną wolę, aby wejść do 
kawiarni, lub przejść koło biura w przedsionku tea- 
tralnym, gdzie kontrolerzy wydają mu się jakby 
obleczeni w majestat Minosa, Eaka, czy Radaman- 
fosa - nagle rzuci się na szyję starca przechodzą- 
cego obok niego i ucałuje go entuzjastycznie wobec 
zdziwionego tłumu. 


130
		

/str146_0001.djvu

			Z jakiego powodu? :le... że może fizjonomja 
jego wydała mu się nieprzeparcie sympatyczna? 
Być może; będziemy jednak bliżsi prawdy, jeżeli 
przypuścimy, że sam on nie wie, dlaczego. 
I j a podlegałem kilkakrotnie kryzysom podob- 
nych uniesień, które upoważniają do wierzenia, że 
złośliwe Demony niepostrzeżenie wchodzą w nas 
i każą nam spełniać bezwiednie naj niedorzeczniej- 
sze nakazy. 
Pewnego rana wstałem chmurny, smutny, zmę- 
czony bezczynnością i z chęcią dopełnienia, jak mi 
się zdawało, czegoś wielkiego, jakiegoś czynu 
świetnego - i, niestety, otworzyłem okno. 
(Proszę zanważyć, że pociąg do mistyfikacji, 
który u pewnych osób nie jest wynikiem jakiejś 
pracy duchowej, jakiejś kombinacji, lecz sprawą 
przypadkowego impulsu, ma w sobie, chociażby ze 
względu na nagłość pragnienia, wiele cech wspól- 
nych z tym stanem - histerycznym wedle lekarzy, 
satanicznym zdaniem tych, którzy myślą nieco głę- 
biej aniżeli lekarze - stanem, który popycha nas 
ku wielu czynom niebezpiecznym, lub niewłaści- 
wym). 
Najpierwszą osobą, jaką spostrzegłem na uli- 
cy, był szklarz, którego nawoływanie przenikliwe, 
dojmujące, dochodziło aż do mnie po przez ciężkie, 
brudne mgły paryskie. W istocie nie potrafiłbym 
wytłumaczyć, czemu opanowała mnie nagła i despo- 


131
		

/str147_0001.djvu

			tyczna nienawiść do tego człowieka. - Hej' Hej!- 
zawołałem na niego, aby wszedł na. górę. Jednak 
myślałem nie bez pewnej uciechy, że, ponieważ po- 
kój mój był na szóstem piętrze, schody zaś bardzo 
wąskie, niełatwo mu przyjdzie dąstać się na górę, 
i Że nieraz zawadzi on tu i ówdzie po drodze kanta- 
mi swego kruchego towaru. 
Wreszcie zjawił się. - Przejrzałem skrupulat- 
nie wszystkie jego szkła i zawołałem: "Jakto? Nie 
masz pan szyb kolorowych?-szyb różowych, czer- 
wonych, niebieskich - szyb magicznych, szyb raj- 
skich? Jesteś pan bez wstydu! Śmiesz włóczyć się 
po ubogich dzielnicach i nie masz nawet szyb, przez 
które by świat wydał się piękniejszymI"... I, nie da- 
jąc mu czasu na opamiętanie się, wypchnąłem go 
na schody, gdzie potknął się, zrzędząc gniewliwie. 
Wychyliłem się z balkonu i, ująwszy wazon 
z kwiatami, gdy człowiek ów pokazał się w otworze 
bramy, puściłem prostopadle mój pocisk na tylny 
brzeg zawieszonej na jego plecach skrzyni. Uderze- 
nie to obaliło go, tak że do szczętu potłukł plecami 
całe swe ubogie wędrowne mienie, które wydało 
z siebie brzęk donośny - niby kryształowego pa- 
łacu, strzaskanego przez piorun. 


I pijany mym szałem, krzykoąłem doń z wście- 
kłością: "Upiększać życie! Upiększać życie!" 


132
		

/str148_0001.djvu

			Podobne swawole nerwów są niebezpieczne- 
i można nieraz drogo je przypłacić. Lecz cóż wiecz- 
na chociażby nawet kara może obchodzić tego, kto 
w ciągu sekundy zaznał nieskończoności zadowo- 
lenia.
		

/str149_0001.djvu

			SPIS RZECZY. 


Uwaga redakcyjna 
WINO 
I. 
II. 
(Dusza Wina) 
(Wino Gałganiarzy) 


III 


Wino Kochanków. 
Wino Samotnika . 
Wino Mordercy 
POEMAT O HASZYSZU 
Dedykacja . 
..Sztuczne Raje..... 
I 2ądza Nieskończoności 
II Co to jest Haszysz? 
III Teatr Seraficzny 
IV Człowiek
Bóg 
V Morał 
Odpowiedniki 
Wyznanie wiary artysty. 
Sen paryski , 
Zaproszenie do podróży . 
Dwoisty pokój . 
Klejnoty 
Dobrodziejstwa Księżyca 
Do mej Madonny. 
Potok Krwi 
Siedmiu Starców 
Marny Szklarz 


'- 


.5 
13 
15 
18 
20 
22 
33 
36 
37 
38 
41 
43 
46 
47 
51 
53 
77 
96 
105 
106 
108 
111 
115 
119 
121 
123 
125 
126 
129